niedziela, 23 września 2012

Serengeti, czyli endless plain

Opuszczamy Ngorogoro i kierujemy się do Parku Narodowego Serengeti. Przed nami dosyć długa droga. Szutrowa droga, która najpierw prowadzi zboczem wulkanu. Wysuszona przestrzeń pokryta jest rdzawym pyłem, który przejeżdżające samochody wznoszą w powietrze. Okolice drogi doszczętnie pokryte są czerwonawym kurzem.

Wygląda na to, że po tej stronie krateru nie ma zbyt dużo wody. Pomimo to widzimy w oddali duże stado żyraf. Ewa doliczył się aż 19 sztuk. W tej scenerii był to widok dosyć surrealistyczny.

Telepiemy się przez kilkadziesiąt kilometrów w tumanach pyłu, który pomimo zamkniętych w samochodzie okien wciska się dosłownie wszędzie. Osiada na włosach, twarzy, czujemy go w nozdrzach… Krajobraz wygląda dosyć kosmicznie – w tle góry, wkoło porozrzucane wulkaniczne kamienie i karłowate wysuszone rośliny. Otoczenie nie wygląda zbyt przyjaźnie dla życia, jednak po drodze mijamy kilka masajskich wiosek. Gdzieniegdzie dzieci prowadzą stadka bydła. Zastanawiamy się skąd w tym rejonie biorą dla tych zwierząt roślinność.
Dojeżdżamy do bramy wejściowej parku Serengeti. Mamy kilka minut na rozprostowanie kości i wychodzimy z auta. Do samochodów podchodzi dwóch masajskich chłopaków. Jeden z nich ma twarz pomalowaną na biało i jest ubrany na czarno. Czyli ten jest już mężczyzną. Chłopcy uśmiechają się i wyciągają rękę w naszym kierunku. Nie mam w zwyczaju dawać pieniędzy w takich sytuacjach i jestem przeciwnikiem czegoś co nazywam „one dollar policy”, czyli dawania biednym dzieciom jednego przysłowiowego dolara. Moim zdaniem w ten sposób nie pomaga się biednym ludziom, tylko przyzwyczaja się ich do żebrania. Z nieba leje się żar, daję więc chłopakowi swoją butelkę wody. My w samochodzie mamy jeszcze kilka butelek, a oni stoją tutaj w słońcu. Zawartość butelki szybko znika w ich gardłach.


Krystian daje chłopakom coś słodkiego. Próbujemy z nimi porozmawiać, ale albo słabo znają angielski (w Tanzanii angielski jest jednym z podstawowych języków – dzieci w szkole uczą się języka suahili oraz angielskiego), albo nie chcą z nami rozmawiać. Robimy im zdjęcie i jedziemy dalej.


Park Serengeti jest jednym z największych parków narodowych Tanzanii. Jego nazwa wzięła się od masajskiego słowa „siring”, co oznacza „endless plain”, czyli po naszemu „niekończąca się równina”. Przejeżdżamy przez bramę i jedyne co widzimy to prostą szutrową drogę prowadzącą w głąb sawanny. O tej porze roku jest sucha pora, tak więc ta bezkresna kraina ma jednostajnie żółty kolor wypalonych w słońcu traw. Z pozoru wszystko wygląda tak samo, jednak ta jednostajność krajobrazu wyostrza po chwili wzrok i wręcz zmusza do wnikliwej obserwacji. W trakcie pory deszczowej zielona równina przyciąga setki tysięcy zwierząt, które migrują tutaj w poszukiwaniu pożywienia. Jednak teraz to miejsce sprawia wrażenie opustoszałego. Uważny obserwator może jednak sporo dostrzec. Gdzieniegdzie przemykają stada antylop i gazel. Widzimy też pojedyncze sztuki guźców. Z każdym przejechanym kilometrem wtapiamy się w ten krajobraz.
Ewa przemierza wyboistą drogę z prędkością ok 60 km/h, co przy tych warunkach sprawia wrażenie jakbyśmy jechali co najmniej 100 km/h ;-) Trzęsie niemiłosiernie i cali jesteśmy pokryci kurzem. Dojeżdżamy do miejsca, w którym jest trochę wody. Krajobraz diametralnie się zmienia.

 

Jest zielono, są drzewa, a tam gdzie są rośliny, to są również zwierzęta. Drogę zatarasowały nam baboons nie przejmując się w ogóle naszą obecnością.

Po jakimś czasie dojeżdżamy do miejsca, w którym robił się prawdziwy korek samochodów terenowych. Skoro jest tu taki tłum teleobiektywów, to COŚ tam musi być.

Podjeżdżamy. Ewa pyta się innego kierowcy na co wszyscy czekają. Aż się ciśnie na usta pytanie „Za czym panie stoi ta kolejka?”. Podobno pod drzewem, 100 m od drogi jest leopard. Wszyscy wpatrują się we wskazane miejsce przez wycelowane obiektywy, ale nic nie widać… Szczerze mówiąc mam wrażenie, że jakiś sprytny kierowca podpuścił turystów „polujących” na ostatnie trofeum brakujące do skompletowania tzw. „Big Five”. Nam w sumie do kompletu też brakuje leoparda. Widzieliśmy już lwa, bawoła, słonia i nosorożca (ale z daleka) ;-) Czekamy z 5-10 minut. Zaczynam mieć ubaw z ludzi stojących z wycelowanymi teleobiektywami. Śmieję się i mówię do Ewa: „Hakuna Matata – jedziemy”. Mówię naszemu kierowcy, że dla mnie gazele też są piękne. Ewa się śmieje, odpala samochód i jedziemy dalej przez wertepy. W drodze na camping pokazuj nam jeszcze „sausage tree”, czyli kiełbaskowe drzewo. Rzeczywiście drzewo wygląda tak jakby ktoś powiesił na nim salami i inne kiełbasy. Pytam się, czy te „kiełbasy” są jadalne. Podobno tylko baboons je jedzą, ale te małpiszony są chyba w stanie zjeść wszystko.


Dojeżdżamy do miejsca, w którym jest kilka campingów. W odległości 300 m od miejsca, w którym się zatrzymujemy stoją dwa słonie i obskubują liście z drzew. Camping nie jest ogrodzony. W zasadzie jest to miejsce, gdzie stoi kuchnia, jadalnia i są sanitariaty. Namioty stoją po prostu pomiędzy drzewami. Dla bezpieczeństwa większość namiotów stoi zgrupowana w jednym miejscu. Nie mamy ochoty spać „jeden na drugim” i rozstawiamy się trochę na uboczu. Pytam się jednak Ewy jak tu jest z dzikimi zwierzętami – czy zapuszczają się w nocy na camping? W odpowiedzi słyszę, że to jest park narodowy i „anything may happen”.
W trakcie kolacji poznajemy grupę Polaków, którzy kilka dni temu byli na Kilimanjaro. Wymieniamy się spostrzeżeniami oraz słuchamy ich wrażeń z wejścia na szczyt. Podobno było zimno jak cholera, a Krystian zastanawiał się po co my na ten wyjazd bierzemy tyle ciepłych rzeczy. Jak się okazuje – w swoim czasie się przydadzą ;-)

Po kolacji siadamy sobie z browarkiem w ręku na ławce niedaleko jadalni. Dookoła ciemno, gwizdy świecą intensywnie tuż nad naszymi głowami, a my wsłuchujemy się w tanzańską noc przepełnioną życiem i różnymi odgłosami. W pewnym momencie słyszymy ryk kilkaset metrów od nas. Po chwili podbiega do nas jeden z przewodników i mówi „Simba!” – lew kręci się niedaleko obozu. Przesiądźcie się bliżej światła, bo tu gdzie siedzicie po zmierzchu nie jest bezpiecznie (oczywiście po 18 robi się już ciemno). Podobno dzikie zwierzęta potrafią się podkraść po ciemku bardzo blisko siedzących ludzi. Przesiadamy się zatem w inne miejsce i pół żartem, pół serio zastanawiamy się co nas odwiedzi w nocy w naszym namiocie ;-)
PS – Przed snem idziemy jeszcze umyć zęby. Podchodzę do budynku z sanitariatami i w pewnym miejscu coś mi błysnęło w krzakach 50 m ode mnie. Skierowałem w tą stronę snop światła czołówki i znowu błysnęły jakieś ślepia. Widzę dwie pary wpatrujących się w nas oczu. Ciemne kształty poruszają się trochę, ale cały czas tkwią w miejscu. Podobno hieny zapuszczają się w nocy na camping w poszukiwaniu żarcia. Hmm… A my jesteśmy rozstawieni z tym naszym namiotem na skraju campingu… Zastanawiamy się przez chwilę, czy nie przenieść namiotu w inne miejsce, ale ostatecznie postanawiamy zostać tam, gdzie jesteśmy. Hakuna Matata ;-) Na szczęście Krystek w nocy chrapie za trzech, tak więc będzie przeganiał intruzów ;-) Chyba po raz pierwszy to jego chrapanie nie będzie mi przeszkadzać. „Dzisiaj możesz ładować ile fabryka w płucach dała!” – mówię do ojca na dobranoc ;-)

PS 2 – W środku nocy budzi nas upiorny śmiech i późniejszy skowyt hieny. Niezbyt przyjemny dźwięk, który wzbudził mały popłoch na campingu. Później było słychać jak chodzą po obozie, ale na szczęście żadna nikogo nie zaatakowała. Hakuna Matata ;-)

piątek, 21 września 2012

Ngorogoro

(04.09.2012) Wstajemy jeszcze przed świtem. Pakujemy nasze graty, jemy szybkie śniadanie i ładujemy się do samochodu. Przed nami spory kawałek drogi do przejechania. Naszym dzisiejszym celem jest Park Narodowy Ngorogoro, który zlokalizowany jest w ogromnym kraterze wygasłego wulkanu. Średnica dna wulkanu wynosi ok. 18 km (!). Krater powstał ok. 2,5 mln lat temu, gdy wulkan wybuchł po raz ostatni, a jego wierzchołek zapadł się do środka. Krater posiada nieprzerwaną krawędź górującą ok. 600 m nad dnem kaldery, co powoduje naturalną barierę dla świata zewnętrznego. Wewnątrz wulkanu w naturalny sposób wytworzył się swoisty rezerwat przyrody, a przebywające tu zwierzęta w większości nie opuszczają tego miejsca. Woda i roślinność są tu dostępne praktycznie przez cały rok, a więc zwierzęta nie muszą migrować w poszukiwaniu jedzenia i wody. Wszystko to czyni z Ngorogoro swoisty mikrokosmos i nie ma co się dziwić, że cały rezerwat od 1979 roku jest wpisany na listę światowego dziedzictwo UNESCO.

Poza zwierzętami prawo do przebywania na terenie Ngorogoro mają Masajowie, którzy mogą tu wypasać swoje bydło. Z resztą nazwa samego parku wzięła się od masajskiego określenia dzwonków, które krowy mają zawieszone u szyi. Dzwonki wydają bardzo charakterystyczne dźwięki w stylu „ngog gon ngong”. Właśnie od tych dźwięków wzięła się nazwa tego miejsca.
Do granicy parku dojeżdżamy bardzo wcześnie. Samochód leniwie wspina się stromą drogą – musimy wjechać na krawędź krateru (ok 2300 m.npm). Deszczowy las pokrywający zbocza wulkanu pokryty jest mgłą, z której wyłaniają się pokręcone konary drzew obrośniętych lianami. Dojeżdżamy na krawędź do punktu widokowego,  z którego niestety niewiele widać. Jedziemy zatem dalej i gruntową drogą zaczynamy zjeżdżać w dół krateru. Pierwsze zwierzę, na które natrafiamy to hiena. Jesteśmy zaskoczeni jej wielkością. Jednak mamy do czynienia z hieną cętkowaną, która jest największym przedstawicielem gatunku.


Jadący samochód wypłoszył ją z pobocza drogi i teraz ucieka przed nami snując się po drodze. Hieny cętkowane żywią się nie tylko padliną. Są to również drapieżniki, które potrafią polować na inne zwierzęta. Zdarzają się nawet sytuacje, że hieny potrafią zaatakować młode bawoły, dlatego na czas rozrodu bawoły opuszczają czasami krater i wspinają się wysoko na krawędź wulkanu żeby uciec przed tymi drapieżnikami. Patrzymy na uciekającą hienę i szczerze mówiąc nie chcielibyśmy znaleźć się w jej pobliżu poza samochodem – nie chciałbym przetestować na swojej skórze, czy jest to zwierzę agresywne.

Zjeżdżamy na dno krateru i jedziemy na spotkanie z kolejnymi zwierzakami. Po drodze mijamy strusie, gnu, zebry, antylopy. Widzimy również słonia nad strumieniem, tak więc od samego początku naszej wizyty w Ngorogoro otoczeni jesteśmy zwierzakami.
 
 
 
 
 
 
Poza dużymi zwierzętami Ewa zwraca naszą uwagę również na wszelkiego rodzaju ptaki. Co chwilę wymienia jakieś nazwy, których nie jestem w stanie zapamiętać. Widać, że ptaki są jego hobby.
 
Z oddali widzimy również nosorożce, jednak są na tyle daleko, że nie udaje nam się im zrobić zdjęcia. Mamy jednak szczęście żeby z bliska zobaczyć guźce :-)
 
 
Dojeżdżamy do niedużej sadzawki, która sprawia wrażenie swoistej oazy dla ptactwa. Patrząc na zachowanie osób z innych samochodów nie sądzę jednak, że celem naszego postoju tutaj są ptaki. Ludzie stojący w zaparkowanych samochodach intensywnie wpatrują się w horyzont. Okazuje się, że na małym wzniesieniu nieopodal jeziorka leżą dwa lwy, leniwie wpatrujące się w stado zebr. Mamy jednak wrażenie, że lwy są już najedzone, bo kompletnie nie reagują na zwierzęta, które pasą się w ich bliskiej obecności. Poza tym w ich okolicy kręci się hiena, co może skazywać, że gdzieś niedaleko pozostawione są resztki posiłku. W pobliskiej sadzawce leżą jeszcze 3 hipopotamy. Wczoraj widzieliśmy parę hipopotamów na lądzie Dzisiaj mamy możliwość zobaczyć jak wyglądają w wodzie. Leżące w sadzawce zwierzęta wyglądają jak zwalone pnie baobabów.

Jedziemy dalej nad kolejne jeziorko. Pasą się tu całe stada antylop gnu, mających charakterystyczne brody i rogi. W pewnym momencie całe stado nad brzegiem jeziora rzuciło się do ucieczki. Wśród nich pojawiła się lwica. Zwierzęta uciekły w popłochu. Lwicy co prawda nie udało się złapać żadnej antylopy, ale udało jej się oddzielić jedną sztukę od stada. Antylopa uciekła kilkadziesiąt metrów w drugą stronę, ale lwica szybko podążyła jej śladem. Czujna antylopa cały czas starała się trzymać bezpieczny dystans od drapieżnika i nie pozwalała aby lwica zbliżyła się do niej na odległość umożliwiającą atak. Myśleliśmy, że będziemy świadkami spektakularnego pościgu, ale po jakimś czasie lwica zrezygnowała z polowania i położyła się w trawie. Na obiad będzie musiała jeszcze trochę poczekać.    


 
Dojeżdżamy na drugą stronę krateru i teraz to my zaczynamy myśleć o jedzeniu. Ewa postanawia zatem, że jedziemy na lunch. Zatrzymujemy się nad malowniczym jeziorkiem, w którym jest cała masa hipopotamów. Leżą zbite w grupę w wodzie i sprawiają wrażenie ruchomej wyspy. W pewnym momencie jeden z hipopotamów siarczyście i głośno pierdnął, co spowodowało niezłe jacuzzi w wodzie i wywołało salwę śmiechu wśród ludzi stojących na brzegu ;-)

 
 
Po lunchu jedziemy już powoli w kierunku wyjazdu z parku.
 
Po drodze mijamy jeszcze bawoły pasące się na zboczach Table Hill, który jest pozostałością dawnego stożka wulkanicznego. Widać, że ta część parku przypadła bawołom do gustu, bowiem spotykamy je jeszcze nad rzeką płynącą nieopodal.

Opuszczamy Ngorogoro i jedziemy w kierunku Parku Narodowego Serengetti. Krater zrobił na nas ogromne wrażenie.
 
Ciekawe jak będą wyglądać słynne „Endless Plains”, czyli niekończące się równiny…   
 

czwartek, 20 września 2012

Lake Manyara

Wcześnie rano lądujemy na lotnisku Kilimanjaro Airport. Załatwiamy formalności wizowe (znudzony Tanzańczyk nie spiesząc się wbija nam pieczątkę do paszportu i za ciężko wykonaną pracę kasuje 50 USD od łebka) i ze zdziwieniem odkrywamy, że nasze bagaże jednak z nami doleciały! J

Na lotnisku czeka na nas Ewa (wym. „Iła”) – nasz kierowca, z którym spędzimy kilka najbliższych dni na safari. Zanim jednak ruszymy w kierunku parków narodowych jedziemy jeszcze do Arusha (jednego z większych tanzańskich miast), gdzie mamy załatwić formalności i zabrać prowiant na najbliższe dni. Tanzania była kiedyś brytyjską kolonią, tak więc ruch uliczny jest lewostronny. Chociaż patrząc w jaki sposób jeździ się tutaj różnymi środkami transportu mam wrażenie, że ruch momentami jest wielostronny i pierwszeństwo ma ten, kto przemieszcza się większym pojazdem. Przejazd do Arusha zajmuje nam ok. 1h. W trakcie tej podróży mamy możliwość przyjrzeć się otoczeniu i jak toczy się życie przy drodze i na ulicach…

 
 
 


Od razu widać, że Tanzania jest dosyć ubogim krajem. Jednak na każdym kroku widać ludzi rozmawiających przez telefon komórkowy. Na drodze do Arushy zasięg telefonii komórkowej jest bardzo dobry i na każdym kroku widać malowane na ścianach i dachach domów reklamy operatorów komórkowych. Nawet Masajowie, żyjący od wieków według tych samych zasad korzystają z komórek.
W mieście panuje zgiełk i mamy poczucie lekkiego chaosu, jednak ma to swój urok. Najchętniej poszedłbym na spacer w pobliskie uliczki, ale Ewa pilnuje nas żebyśmy się przypadkiem gdzieś nie zapodziali. Wskazuje ręką na lokalny targ i mówi: „It is dengerous out there”. Nie wiem, czy rzeczywiście jest tam niebezpiecznie. Na pewno jest ciekawie ;-)

 
Opuszczamy ten miejski rozgardiasz i jedziemy w kierunku Parku Narodowego Lake Manyara. Wystarczy wyjechać kilka kilometrów od centrum miasta i robi się znacznie czyściej i porządniej. Po drodze mijamy plantacje kawy, bananów i pola kukurydzy. Tam gdzie występuje woda jest zielono. Jednak w chwili obecnej w Tanzanii jest pora sucha i tam gdzie nie ma źródeł wody lub rzek krajobraz jest spalony słońcem. Na polach wysuszony pył jest często porywany w górę przez wiatr. Tumany kurzu wirują w postaci trąb powietrznych, które są typowym widokiem o tej porze roku. Na początku trąby powietrzne zwracają naszą uwagę. Po jakimś czasie zauważamy tylko, że kolejny wir kurzu pojawia się na horyzoncie ;-)

 
Po drodze mijamy również stada krów i kóz pędzonych przez masajskie dzieci. Jest to rejon zamieszkały przez masajskie plemiona, które budują przy drogach swoje charakterystyczne wioski. Mamy wrażenie, że wędrujący Masajowie są wręcz integralną częścią krajobrazu, który mamy przed oczami.

Na poboczach stoją też grupki ubranych na czarno mężczyzn, którzy mają twarze pomalowane w białe wzory. Mężczyźni trzymają w rękach dzidy i coś tam wymachują do przejeżdżających samochodów. Szczerze mówiąc wygląda to dosyć upiornie i zastanawiamy się o co chodzi.  Okazuje się, że są to młodzi mężczyźni, którzy przeszli jedną z najważniejszych ceremonii swojego życia – „circumcision”, czyli obrzezanie, po którym przestali być dziećmi i stali się mężczyznami – wojownikami. Ceremonia circumcision pozwala na przejście z okresu dzieciństwa w okres dorosłości. Zanim jednak chłopiec zostanie dopuszczony do tej ceremonii musi najpierw udowodnić mieszkańcom swojej wioski, że jest już dorosłym mężczyzną – musi być w stanie nosić ciężką włócznię, umieć kontrolować duże stada bydła, itp. Przed operacją obrzezania chłopiec musi przez siedem kolejnych dni wypasać duże stado krów i kóz. Ceremonia circumcision może mieć miejsce dopiero ósmego dnia. Przed operacją chłopiec musi stać w zimnej pogodzie oraz przyjąć zimny prysznic w celu umycia się. W trakcie przejścia w kierunku, w którym zostanie dokonany obrzęd, lokalna męska społeczność wspiera chłopca okrzykami. Czasami stosowane są nawet groźby, które mają zapobiec ucieczce chłopca przed bolesną operacją. Mężczyźni potrafią krzyczeć: „Jeżeli kopniesz nóż, zabijemy cię! Jeżeli uciekniesz przed nożem, to nasza rodzina się ciebie wyrzeknie!”. Cała ceremonia odbywa się bez środków znieczulających i chłopiec musi wykazać się odwagą – nie może nawet mrugnąć okiem. Pomimo, że jest to bolesna ceremonia, jest to równocześnie jeden z najważniejszych momentów w życiu młodego Masaja. Po udanej ceremonii zyskuje on bowiem szacunek u rodziny, otrzymuje prezenty i traktowany jest jak mężczyzna. Proces rekonwalescencji po operacji trwa ok 3-4 miesięcy, a młodzi mężczyźni przez okres 4-8 miesięcy muszą pozostać w czarnym ubraniu. Po tym czasie uzyskują status wojownika.
Podobno w drodze powrotnej z safari mamy się zatrzymać w jednej z masajskich wiosek – to będzie ciekawe doświadczenie J

Po jakimś czasie dojeżdżamy do Parku Narodowego Lake Manyara, który jest stosunkowo niedużym parkiem – ok. 330 km.kw., z czego w okresie pory deszczowej 2/3 powierzchni zajmuje samo jezioro Manyara. Park słynie z dużej ilości ptaków, lwów leżących na gałęziach drzew oraz słoni.
Ptaki są już widoczne na wejściu do parku. Olbrzymie marabuty i pelikany fruwają nam nad głowami i musimy uważać żeby na dzień dobry nie oberwać jakimś pociskiem ;-)

Po wjeździe do parku, Ewa podnosi dach w naszym samochodzie terenowym, dzięki czemu mamy rewelacyjną platformę do obserwacji dzikich zwierząt. Na safari jesteśmy tylko my, tak więc mamy bardzo komfortowe warunki. Z tego co widzieliśmy w innych samochodach upchnęli na tej samej powierzchni nawet sześć osób (!).

Jedziemy gruntowymi drogami parku i pierwsze zwierzę, na które natrafiamy to żyrafa. Schowała się w gęstwinie drzew i tylko widać było jej długą szyję.

Kolejne zwierzęta, na które natrafiliśmy to pawiany, czyli baboons. Bardzo szybko przerobiliśmy ich nazwę na „babuny” ;-)

Później otworzył się przysłowiowy worek ze zwierzętami – z jednej strony stadko gazel, ponownie żyrafa, termity, zebry…

 
 
 
Po jakimś czasie dojechaliśmy nad rzekę, gdzie zobaczyliśmy dwa hipopotamy wypięte do nas tyłkami. Stały sobie w miejscu i przeżuwały leniwie trawę. Podobno dziennie muszą przerzuć ok. 100 kg zieleniny. Sporo tego żucia mają ;-) Hipcie wyglądają sympatycznie, ale Ewa zachowuje czujność. Podobno hipopotamy są bardzo agresywne i złośliwe. Pomimo swojej masy potrafią szybko zaatakować i należą do najbardziej niebezpiecznych zwierząt.

 
Jedziemy dalej i natrafiamy na słonia! Stoi schowany za drzewami i przeżuwa liście. Podobno słonie są zwierzętami stadnymi, ale zdarzają się przypadki, że samce żyją w pojedynkę. Czyli wychodzi na to, że ten „nasz” słoń tutaj, to chyba samiec. Po chwili jedziemy dalej i natrafiamy na całe stado słoni - są nawet małe słoniątka! ;-) Stado liczy ok 20 sztuk. Nic sobie nie robią z naszej obecności i przemieszczają się po drodze między samochodami.

Powoli opuszczamy Lake Manyara i jedziemy w kierunku campingu. Po ok. 2h jazdy dojeżdżamy do Karatu, gdzie nocujemy na Kudu Campsite – sympatycznym campingu położonym na obrzeżach wioski. Ewa i Yasin (nasz kucharz, który ma ksywkę „Doctor Stomach”) dziwią się trochę, że mamy swój namiot i sprzęt biwakowy. Mam nawet wrażenie, że czują się niekomfortowo, że my jako klienci na safari sami sobie rozstawiamy sprzęt. Jednak ja czułbym się równie niekomfortowo jakby ktoś robił to za mnie ;-) Wystarczy, że jedzenie nam przygotują ;-) Gotowe jedzenie na campie jest mile widziane ;-))
Siadamy sobie wygodnie, otwieramy po butelce lokalnego piwa – Kilimanjaro i rozkoszujemy się przyjemnym wieczorem. Niestety trwa to bardzo krótko – po szybkim zachodzie słońca w okolicach godz. 18.40 robi się ciemno. No cóż – w sumie to jesteśmy relatywnie blisko równika.

Pozostało nam więc wsłuchiwanie się w odgłosy tanzańskiej nocy…  

wtorek, 18 września 2012

Całkiem spora ta góra


(02.09.12) Niby już wszystko mamy gotowe, ale i tak pół niedzieli zajmuje nam pakowanie rzeczy. Staramy się spakować możliwie kompaktowo biorąc ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Oczywiście bierzemy namiot i podstawowy sprzęt biwakowy. Bez tych rzeczy nie ruszam się z domu. Zresztą co to za przyjemność spać w cudzym namiocie? Mój namiot jest jak dom – niezależnie od tego gdzie nocuję, zawsze czuję się w nim prawie jak w domu ;-) Ostatnia faza pakowania idzie nam sprawnie i Kasia aż się dziwi, że tak łatwo nam poszło.
Na lotnisku spotykamy się z Andrzejem, który pomógł nam w nawiązaniu kontaktu z Top of Africa – agencji, która organizuje nam safari i trekking na Kilimanjaro. Andrzej widząc nasze plecaki dziwi się jakim cudem udało nam się upchnąć nawet namiot w środku. Dla mnie to jest normalna sprawa, że muszę się spakować tak, aby wszystko nosić na własnych plecach. Tym razem na wyprawie będę miał od tego tragarzy, co i tak nie zmienia mojego podejścia do ilości rzeczy, które ze sobą bierzemy.
Pozostaje nam już tylko pożegnać się z Kasią i wsiąść w samolot, który zabierze nas na spotkanie z przygodą J Z jednej strony się cieszę, jednak z drugiej strasznie dziwnie lecieć w świat poznawać nowe miejsca bez mojego Querido Corazon…

Wylot z Warszawy opóźnił się o 20 min. Niby nie dużo, ale na przesiadkę w Zurichu zgodnie z rozkładem mieliśmy mieć tyko 45 min. Zaczynam dochodzić do wniosku, że nasze pakowanie i tak nie miało sensu, ponieważ są bardzo małe szanse na to, że nasze bagaże dolecą razem z nami do Tanzanii. Tym bardziej, że Andrzej wspominał, że jego bagaże w Afryce często nie dolatywały na czas i musiał sobie bez nich radzić. Najważniejsze, że buty trekkingowe mamy na nogach ;-) Jak bagaże nie dolecą, to trudno. Hakuna Matata. Co będzie, to będzie.

W Zurichu do kolejnego samolotu udaje nam się wskoczyć dosłownie w ostatniej chwili. Jesteśmy jednymi z ostatnich pasażerów, którzy wchodzą na pokład. Krótko potem startujemy i aż trudno uwierzyć, że już za kilka godzin będziemy już w Afryce.
(03.09.12) Budzę się od szturchnięcia i ze zdziwieniem patrzę co się dzieje. Ahaaa… Śniadanie… Za godzinę już lądujemy. Za oknami świta. Słońce przebija się przez gęstą warstwę chmur.


Po chwili na horyzoncie widzę charakterystyczny stożek wulkanu. Po kręgosłupie przebiega dreszcz, ale to jeszcze nie Kili. Przelatujemy nad Kenią i przed oczami mamy Mt Kenya (albo jak kto woli Kirinyaga, czyli Góra Jasności) – drugi najwyższy szczyt Afryki (5199 m.npm.).


Po kolejnych kilkudziesięciu minutach lotu widzimy w końcu Kilimanjaro. Szczyt nie sprawia wrażenia stromego, ale bryła góry jest przytłaczająca. Czeka nas niezłe podejście – prawie 4 tys. metrów. Patrząc na tą górę nie obawiam się trudności technicznych. Myślę, że największym wyzwaniem będzie walka z wysokością i aklimatyzacją...
 

wtorek, 28 sierpnia 2012

Nataka kwenda Kilimanjaro

(28.08) Tak naprawdę to od tygodnia dopiero do mnie dociera, że to już za chwilę. Większość spraw jest już załatwiona. Moje mieszkanie powoli zaczyna przypominać jedną wielką przepakownię. Ponownie dochodzę do wniosku, że nie zależnie od tego na jak długo się jedzie, to ilość gratów jest prawie zawsze taka sama. Jak wszystko dobrze się ułoży, to za tydzień będziemy nocować na campingu w Tanzanii, a ta podróż w zasadzie zaczęła się kilka miesięcy temu...

... (31.01) Wczoraj wróciliśmy z Chile. Wstaję rano. Za oknem zimno. Mróz jak cholera. -16 stopni... A jeszcze (przed)wczoraj mieliśmy dość upału! Różnica temperatur blisko 50 stopni. Wychodzę do pracy i staram się nie zamarznąć. Szukam jakiejś odpowiedniej muzyki i w końcu puszczam In Existence Beautiful World. Rozgrzewające dźwięki przenoszą mnie do innego wymiaru. Piosenki z tej płyty, śpiewane w języku swahili, od zawsze pobudzały moją wyobraźnię. Kiedyś potrafiłem słuchać tej płyty godzinami, próbując sobie wyobrazić jak tam jest w tej Afryce. Pewnie pięknie, skoro jedno z powiedzeń w swahili mówi: "Ulimwengu mzury ume zaliwa", czyli "Doskonały świat został stworzony. Już istnieje."... Eh... Pojechałoby się gdzieś znowu w świat ;-) ...

... (04.03) Siedzimy sobie przy piwie i na gorąco dzielimy się naszymi wrażeniami. Moi staruszkowie właśnie wrócili z wyjazdu do Peru i Boliwii, a my jeszcze myślami cały czas jeszcze jesteśmy w Chile, Argentynie i Boliwii, chociaż minęło już kilka tygodni od powrotu :-) Okazuje się, że nawet byliśmy w tym samym miejscu, ale na nas Isla del Sol i Copacabana w Boliwii zrobiła raczej słabe wrażenie, a moim rodzicom się podobało. Siedzimy, gadamy sobie, pokazuję zdjęcia z Huayna Potosi, na co Krystek mówi - "Fajnie byłoby gdzieś razem pojechać". "No w sumie fajnie - a gdzie byś chciał pojechać?". "Na Kili". "Na Kili?". "No - na Kili". "Kasia - jedziemy na Kili?" - pytam się mojej świeżo upieczonej narzeczonej. "Do Afryki? Ja tam nie jadę!". Po czym słyszę tysiąc pięćset argumentów dlaczego "nie". Moja mama też raczej sceptycznie odnosi się do pomysłu... Siedzimy sobie z ojcem, otworzyliśmy kolejnego browaka i snujemy wątek dalej. "A kiedy byś chciał jechać na to Kili?" - pytam się ojca. "No tak w przyszłym roku?" - odpowiada. "Na przyszły rok, to my już cholerka mamy plany i z urlopem będzie słabo..." Dochodzimy do wniosku, że trzeba jednak najpierw sprawdzić kiedy jest najlepszy czas na wyjazd w te rejony i wtedy się zastanowimy. Ziarno zostało już jednak zasiane i rozpoczął się proces myślowy ;-)

W kolejnych dniach po przeprowadzonym googlingu okazuje się, że w sumie to najlepiej pojechać albo w okolicach września, albo na początku roku. W tych okresach w Tanzanii jest pora sucha i jest sezon trekkingowy. Początek roku mi za bardzo nie pasuje, więc może wrzesień? Pytam się ojca jak u niego z urlopem. Okazuje się, że wrzesień w zasadzie jest OK. Dla mnie w sumie też. No i od słowa do słowa podejmujemy decyzję - jedziemy na Kili jeszcze w tym roku! ;-)

(28.08) Po kilku miesiącach przygotowań jesteśmy już praktyczni gotowi do wyjazdu. Z głośników leci charakterystyczna muzyka z piosenkami w języku swahili, a ja siedzę i próbuję nauczyć się kilku podstawowych zwrotów w tym języku ;-) Wylatujemy w najbliższą niedzielę. Zaczynamy od safari - w plamach mamy kilka parków narodowych i nadzieję, że uda nam się zobaczyć wielką migrację zwierząt w PN Serengeti. Następnie wracamy do miejscowości Arusha, skąd wyruszymy na trekking na Kili. Wejście mamy zaplanowane trasą Machame Route. Czy uda nam się dojść na szczyt? To się okaże... Do podejścia będziemy mieli ok. 4 tys. metrów i walka z wysokością będzie chyba największym wyzwaniem. Jak się uda, to na koniec skoczymy jeszcze na Zanzibar :-) Zapowiada się zatem całkiem ciekawy wyjazd. Niezależnie od tego jak będzie i czy uda się zrealizować plan jedziemy z nastawieniem "Hakuna matata" ;-)