Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chile. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chile. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 lutego 2012

Hasta luego America Del Sur y gracias por todo!

(28.01) Wstajemy wcześnie rano i idziemy jeszcze na plażę. Przed wylotem z Arica chcemy się jeszcze pożegnać z Pacyfikiem ;-) Docieramy na Playa el Laucho. Na plaży jeszcze nie ma zbyt dużo ludzi i chyba wyglądamy trochę dziwnie rozkładając na piasku ręczniki o tak wczesnej porze. Niebo jest jeszcze zachmurzone i jest bardzo przyjemnie. Mi wystarcza zanurzenie nóg w lodowatej wodzie, ale Kasia twardo idzie się zanurzyć ;-) Nacieszyliśmy jeszcze wzrok rozbijającymi się o brzeg falami i niestety musimy się już rozstać z oceanem. Jedno jest pewne – nad Pacyfik jeszcze kiedyś wrócimy, ale gdzie i kiedy, to się jeszcze okaże ;-)
Wydawało się, że powrót do Santiago będzie przebiegał spokojnie i bez większych emocji. Dojechaliśmy na lotnisko w Arica i wsiedliśmy do samolotu, który po chwili odleciał w południowym kierunku. Po porannych chmurach nie pozostał nawet ślad, dzięki czemu mieliśmy piękny widok z góry na Atacamę, która zaczyna się praktycznie od linii brzegowej oceanu. Ciekawe jest to, że Atacama jest bardzo mocno wypiętrzona. W krótkiej odległości od brzegu zaczynają się góry, a cała pustynia przypomina w tym miejscu pofałdowany, górzysty teren.
W drodze do Santiago mieliśmy międzylądowanie w Iquique, gdzie część pasażerów wysiadła. Na ich miejsce pojawili się nowi pasażerowie podróży. Naszą uwagę przykuły dwie osoby. Jedną z nich był chłopak (aż żałuję, że mu nie zrobiłem zdjęcia), który na głowie miał ni to kapelusz, ni to czapkę. W jednym uchu miał kolczyk w formie kulki, a z drugiego ucha zwisało piórko. Ozdobą twarzy były dodatkowo sumiaste wąsy koloru blond. Jako uzupełnienie podkoszulki (bez rękawków) miał coś w formie tuniki i spodni. Całość sprawiała dosyć oryginalne wrażenie ;-) Drugą osobą był facet w średnim wieku, który dosyć chwiejnym krokiem usiadł tuż za nami (Facet z Piórkiem w uchu usiadł tuż za Chwiejnym Miśkiem).
Po chwili od startu słyszymy za plecami jakąś ożywioną dyskusję pomiędzy Biznesmenem a Chwiejnym Miśkiem (siedzącym obok). Panowie chyba się nie mogli dogadać, bo z pomocą przyszedł im Facet z Piórkiem sygnalizujący, że komunikuje się w trzech językach – po hiszpańsku, francusku i angielsku. Biznesmenowi nie podobało się, że Chwiejny Misiek jest dosyć ekspansywny na swoim siedzeniu i próbowali z Facetem z Piórkiem porozmawiać z Chwiejnym Miśkiem, który z minuty na minutę zaczął się robić coraz bardziej aktywny. Panowie zaczęli pokrzykiwać na siebie i w pewnym momencie gestykulacja rąk całej trójki zaczęła być dosyć intensywna. Chwiejny Misiek zareagował na to okrzykiem: „Karate conmigo?! KARATE ze mną?!?”. Cała sytuacja byłaby nawet zabawna, gdybyśmy nie znajdowali się w powietrzu. Do akcji wkroczyła więc Azafata. Pani stewardesa stanowczym tonem poprosiła o spokój, jednak sytuacja rozwijała się dalej. Do akcji wkroczyli więc również stewardzi, a do kokpitu przyszedł jeden z pilotów. Całą trójkę rozsadzili po samolocie i obyło się bez bijatyki – a już miałem przygotowany aparat żeby zrobić zdjęcie do lokalnej gazety ;-) Nie ma lekko w tej Ameryce Południowej – każdy dzień to przygoda ;-)
W Santiago wylądowaliśmy wieczorem, a pomimo tego było bardzo ciepło – 28 stopni. Rano (29.01) temperatura wzrosła jeszcze bardziej i o 12 w południe było już 34 stopni w cieniu (!) i ponad 40 w słońcu. Siedząc na Plaza del Armas każde z nas zanurzyło się w swoje myśli. Ja zacząłem robić małe podsumowanie wyjazdu, a Kasia słusznie zauważyła, że wyjazd się jeszcze nie skończył. W końcu przed nami jeszcze zaplanowany pożegnalny obiad w Donde Augusto! Knajpa bardzo nam przypadła do gustu i obiecaliśmy sobie, że przed wylotem pójdziemy jeszcze na rybę z salsa de mariscos, papas fritas i schłodzoną butelką Chardonnay. Po takim posiłku poprawił mi się humor (powrót do Polski ogarniętej falą mrozów nie napawał mnie od rana radością) ;-)
Na pożegnanie z Ameryką Południową „otrzymaliśmy” jeszcze w prezencie od AirFrance przelot w okolicach Aconcagua. Czyżby to była jakaś prowokacja losu, żebym wrócił w te okolice? ;-)
Przejrzystość powietrza mieliśmy w trakcie lotu bardzo dobrą, tak więc widoki z lotu ptaka towarzyszyły nam praktycznie aż do zmierzchu.





Po wylądowaniu w Paryżu (30.01) już mieliśmy wrażenie, że jest zimno, a było zaledwie -1 stopni. Po kolejnych 2 godzinach lotu z lekkim przerażeniem patrzyliśmy na zmrożone pola i zamarznięte jeziora  w Polsce… Wylatując pod koniec listopada mieliśmy cichą nadzieję, że uda nam się uciec zimie, ale ta ewidentnie i złośliwie na nas poczekała ;-) Żarty, żartami – ale różnica temperatur w ciągu doby, wynosząca ok. 50 stopni nie jest przyjemna… Dodatkowym kopniakiem w potylicę był całkiem ładny zachód słońca w Warszawie, który podziwialiśmy z okien taksówki jadąc ok. godziny 16!!! Masakra jakaś, zważywszy na to, że wczoraj ok. 21.30 było jeszcze jasno… Oj, będzie nam chyba brakować słońca, ale może jakoś dociągniemy do wiosny ;-)

Nasza wyprawa do Ameryki Południowej się zakończyła. Trochę szkoda, ponieważ aż by się chciało jechać dalej – na północ – w kierunku Peru, Ekwadoru…  ;-) Cieszymy się, że nasz początkowy plan został w dużej mierze zrealizowany. Zobaczyliśmy i przeżyliśmy dużo. Poznaliśmy wielu ciekawych i inspirujących ludzi. Najważniejsze jest jednak to, że wróciliśmy naładowani pozytywną energią i z poczuciem, że warto mieć tą determinację w realizacji marzeń J
* Sonrie siempre - zawsze się uśmiechaj

wtorek, 31 stycznia 2012

Carnaval Andino – Con La Fuerza Del Sol!

(27.01) Na sam koniec pobytu w Arica załapaliśmy się jeszcze na karnawał, który przez trzy dni (27-29.01) będzie przechodził ulicami miasta. Okazało się, że organizowana tutaj impreza jest dosyć duża – w ulicznych paradach bierze udział ok. 6 tysięcy tancerzy z kilku krajów. Dla porównania – podczas boliwijskiego karnawału w Oruro, który jest uważany za jedną z ciekawszych atrakcji, bierze udział ok. 500 tancerzy. Carnaval Andino ma na celu promowanie kultury krajów andyjskich, stąd w paradzie biorą udział zespoły pochodzące m.in. z Chile, Boliwii, Peru, Ekwadoru. Jest głośno, kolorowo i wesoło :-) Ech… Nie ma sensu się więcej rozpisywać! Lepiej popatrzeć na zdjęcia! :-)
















poniedziałek, 30 stycznia 2012

Arica, czyli tam gdzie ludzie ujeżdżają fale

(24-27.01) Potrzebowaliśmy tych kilku dni. Przez ostatnie kilka tygodni cały czas się przemieszczaliśmy i w końcu przyszedł czas na mały odpoczynek. Poza tym wieści z Polski o strasznych mrozach były dla nas dodatkowym bodźcem do tego, żeby się trochę wygrzać w promieniach słonecznych. Znaleźliśmy więc hotelik w centrum Arica i w końcu zgruzowaliśmy nasze graty w jednym miejscu.
Pierwsze dwa dni przeznaczyliśmy na klasyczne „nicnierobienie” i kulinarne rozpustę ;-) W Chile, w przeciwieństwie do Boliwii, możemy zjeść obiad w najciemniejszym zakamarku lokalnego „mercado” bez obawy, że otrzymamy bakterie faszerowane wirusami ;-) W Arica znaleźliśmy takie fantastyczne miejsce już we wtorek – smażona ryba z warzywami podbiła nasze żołądki i podniebienie. W tym mieście mają też niezliczoną liczbę miejsc, w których serwują wyśmienite lody, ciasta i inne słodycze. Niestety jednego tutaj nie mają – dobrej kawy… W zasadzie przez ostatnie dwa miesiące nigdzie nie znaleźliśmy miejsca, w którym serwowaliby przyzwoitą kawę.
Arica będzie nam się też kojarzyć z plażami i pustynią schodzącą aż do oceanu. Pierwszego dnia pobiegliśmy na Playa el Laucho.
Arica jest jednym z najbardziej wysuniętych na północ miejsc w Chile, dzięki czemu woda w Pacyfiku jest już ciepła (wg Chilijczyków). Dotarliśmy nad plażę. Jasny piasek, piękny kolor wody i kąpiący się ludzie. Widok niezwykle obiecujący. Ledwo rozłożyliśmy nasze ręczniki, a już Kasia z radością pognała w kierunku wody… i równie szybko wróciła z radosną informacją, że woda nie nadaje się do pływania… Okazuje się, że zimną wodę niesioną przez prąd Humboldta promienie słoneczne nie tak łatwo mogą rozgrzać. Nadeszła moja kolej. Wchodzę do wody do łydek – nieeee… Kasia chyba trochę przesadza. Nie jest tak źle… Na głębokości kolan poczułem przeszywający chłód wnikający aż do kości. Masakra jakaś! Pełne zanurzenie zajęło mi chyba z pięć minut. Przy odrobinie zacięcia można się w tej wodzie przepłynąć. Chociaż mam wrażenie, że Bałtyk w maju jest bardziej ciepły ;-)
Niby woda taka zimna, ale sporo w niej życia i to życia bardzo kolorowego. Podczas odpływu, na skałach w okolicach Playa La Lisera robią się małe baseny z wodą, w których poza rozgwiazdami, jeżowcami, krabami i innymi takimi, można również znaleźć ukwiały J

środa, 25 stycznia 2012

Ładna, ale niezwykle męcząca i wkurzająca droga do Chile...

(23.01) Budzik dzwoni o 3.50 rano. Cizus... Znowu trzeba tak wcześnie wstać... Za oknem ciemno, pada deszcz i jest zimno... Ulice La Paz już (albo jeszcze) są puste i senne. Wstajemy, zbieramy nasze rzeczy i jedziemy na terminal - o 5.30 mamy autobus do Arica. Dzisiaj opuszczamy Boliwię i wracamy do cywilizacji, czyli do Chile ;-) Na dworcu okazuje się, że pomyliły mi się godziny i musimy czekać aż do 6 rano... Jak widać przepełnia nas radość z powodu utraconej 0,5 godziny snu ;-)





Autobus w końcu podjeżdża i oczywiście to co mamy przed oczami różni się od tego, o czym mówiła kobieta sprzedająca bilety. Miał być komfortowy autobus z klimatyzacją, a przyjechało to co przyjechało... Jakoś się przemęczymy przez te 8 godzin. Pomimo, że jest wczesny poranek kierowca próbuje wszystkich uszczęśliwić na siłę jakimś kretyńskim filmem o Conanie barbarzyńcy, który biega i skacze po ekranie z wielkim mieczem ociekającym krwią... Na szczęście mam koreczki do uszu i udaje mi się przetrwać tą jatkę. Niestety po zakończeniu filmu kierowca jeszcze bardziej chciał uszczęśliwić pasażerów muzyką puszczaną prawie na cały regulator. O nie! Tego już za wiele! Na drzwiach do kabiny kierowcy wyraźnie napisany jest artykuł jakiejś ustawy mówiący, że muzyka może być puszczana przy średniej głośności i tylko w przypadku jeżeli ŻADEN z pasażerów nie będzie miał nic przeciwko. Ja już mam tego dosyć i idę do szoferki - "Dzień dobry - muzyka jest za głośno, czy mógłby pan ją ściszyć, ponieważ nie możemy spać?". Jeden z kierowców patrzy się dziwnie i z łaską ściszył muzykę. Wracam na swoje miejsce i otrzymuję od innych pasażerów kiwnięcia głową wyrażające podziękowanie. Nie zdążyłem jednak usiąść, a muzyka znowu została zgłośniona na cały regulator. Przypominają mi się słowa belgijskiej pary o tego typu praktykach stosowanych w Peru. Pasażer nie jest klientem, tylko petentem, a kierowca jest królem. Szlag mnie trafia i wracam do szoferki. Otwieram drzwi i mówię po polsku "XXXX (cenzura) XXXX (cenzura)" i do daję po hiszpańsku "Czy mógłbyś ściszyś tą muzykę? Są przepisy (wskazuję palcem na szybę, na której zacytowany jest artykuł ustawy), więc je respektuj!". Koleś ze złością próbuje zamknąć mi przed nosem drzwi, ale i tak je otwieram: "Wyłącz tą cholerną muzykę" - mówię po polsku i dodaję "La musica!". Koleś z jeszcze większą złością wyłącza w końcu muzykę. Pasażerowie z westchnieniem ulgi przyjmują koniec łomotu dobiegającego z głośników. Chyba przestaliśmy być grzecznymi turystami i za (niemałe) pieniądze, które płacimy w końcu zaczynamy wymagać chociaż odrobiny przyzwoitej usługi.

W trakcie dalszej jazdy Koleś-Kierowca kilkukrotnie przechodzi przez autobus i rzuca w moim kierunku złowrogie spojrzenia. "Mam cię w głębokim poważaniu" - myślę sobie i naciągam głębiej kaptur na głowę...

Po jakimś czasie dojeżdżamy do Parku Narodowego Sajama i za oknem mamy przepiękną panoramę.





Takie widoki towarzyszą nam aż do granicy pomiędzy Boliwią a Chile. Musimy przyznać, że przejście graniczne w Chungara jest jednym z najładniejszych przejść granicznych, które dotychczas przekraczaliśmy. Po naszej prawej stronie mamy dwa wulkany - Parinacota i Pomerape, które górują nad jeziorem Chungara.


Przekraczamy granicę i jedziemy przez Park Narodowy Lauca.


Mijamy Laguna Cotacotani i po kilku kolejnych kilometrach autobus staje. Oczywiście nikt nie raczył poinformować pasażerów jak długo będziemy stali (prawie jak na naszym PKP).


Okazuje się, że trwają roboty drogowe i będziemy musieli tutaj stać przez ok. 2 godziny. Widoki są ładne, więc możemy się przejść na spacer ;-) Teren jest typowo wulkaniczny, jednak pył jest już porośnięty. Kamienie pokryte są w wielu miejscach rośliną, która nazywa się llareta, która wygląda jak zielona poduszka.








Oczekiwanie na dalszą podróż jest dosyć długie, co wymaga skorzystania z toalety. Niestety w autobusowym baño jest ciemno, brakuje wody i co tu dużo mówić - jest syf. Jednak co zrobić - potrzeba jest potrzebą, trzeba zacisnąć zęby i ją załatwić. Wracam na swoje miejsce i za plecami słyszę Kolesia-Kierowcę: "Czy Pan korzystał z toalety? Proszę wrócić i posprzątać!!". Patrzę na gościa i mówię: "O co ci chodzi? Chyba coś ci się pomyliło. Sam sobie sprzątaj jak nic nie działa. Syf już był zanim wszedłem do toalety." W odpowiedzi słyszę, że toaleta jest zepsuta i nie można z niej korzystać. Do dyskusji włącza się jedna kobieta, która mówi, że nie było żadnej informacji o tym, że baño jest popsute. Dyskusja zaczyna być kuriozalna, ale ewidentnie widać, że Koleś-Kierowca zaczyna szukać zaczepki i robi jakąś awanturę. Wkurzył mnie dupek na maksa, więc do niego podchodzę i mówię: "Masz jakiś problem? Zaczynasz mnie koleś wkurzać i po dojechaniu do Arica zamierzam na ciebie złożyć skargę w agencji!" W odpowiedzi słyszę "Skargę? Jaką skargę? Zaraz wezwiemy policję!". Wzruszam ramionami i wracam na swoje miejsce. Cała sytuacja wygląda jak prowokacja z jego strony, a my już mamy trochę dosyć tej podróży do Arica. Po chwili okazuje się, że toaleta działa, zbiorniki z wodą zostają napełnione, a Koleś-Kierowca zaczyna sprzątać przejście w autobusie.

W końcu ruszamy i jedziemy dalej. Po kilkunastu kilometrach autobus się zatrzymuje i podchodzi do nas kierowca - "Wysiadać! Policja na pana czeka" - słyszę. Chyba kogoś popieprzyło. "Nigdzie nie zamierzam iść. Kupiłem bilet do Arica i tam zamierzam wysiąść" - odpowiadam mocno wkurzony. Facet obok mnie mówi po angielsku, że lepiej żebym wysiadł i porozomawiał z policją. Po chwili do autobusu wchodzi policjant i prosi o dokumenty. Zgadzam się wyjść i pytam się policjanta, czy mówi po angielsku, ponieważ mój hiszpański nie jest zbyt dobry. Policjant potwierdza, że trochę mówi po angielsku. Na zewnątrz stoi dwóch kierowców, policjant i ja. Po chwili dochodzi Kasia i pasażer mówiący po angielsku. "OK." - mówię wkurzony. "Postaram się wyjaśnić całą sytucję" - mówię. "Podróżujemy przez całe Chile od jakiegoś czasu i pierwszy raz mamy takę sytuację. Bardzo nam się w Chile podoba, ale ten przejazd jest beznadziejny. Kupiliśmy bilety na komfortowy przejazd i... Primero, segundo, tercero... (wyliczam po kolei wszystko). Na dodatek Koleś-Kierowca (wskazuję na niego palcem) nie przestrzega przepisów i czepia się turystów". Policjant na to: "Jeżeli macie Państwo zastrzeżenia do jakości usługi, to musicie złożyć skargę do agencji." Odpowiadam mu, że czujemy się oszukani, jesteśmy przekonani, że zapłaciliśmy zawyżoną stawkę za przejazd, nic nie działa tak jak powinno i na dodatek Koleś-Kierowca nas się czepia. Policjant patrzy na kierowców jak na idiotów, oni stoją bezradnie przed autobusem zdezorientowani... Policjant oddeje mi paszport, po czym macham z dezaprobatą na nich ręką i wracamy do autobusu. Na zewnątrz policjant rozmawia jeszcze z kierowcami, a zniecierpliwieni pasażerowie wołają "Vamonos, jedziemy!!!". Kierowcy wyszli na kompletnych idiotów i coś nam się wydaje, że musieli jeszcze dostać od policjianta OPR, bo do końca podróży chodzili już jak w szwajcarskim zegarku.

Jesteśmy już zmęczeni tą podróżą i mamy nadzieję, że dojedziemy w końcu do Arica. Przejazd straszenie się dłuży, ale dalsza podróż przebiega już spokojnie. Jedziemy przez górskie serpentyny, mijamy pustynne krajobrazy, na tle których oaza w dole doliny wygląda niesamowicie.








Przejeżdżamy przez jakąś miejscowość, w której dominuje charakterystyczna zabudowa garażowo-barakowa, którą wcześniej postrzegaliśmy jako "chilijski pierdolnik". Jednak po pobycie w Boliwii dostrzegamy w tej zabudowie ład i porządek ;-) a przyjazd do Arica (do której docieramy po 12 godzinach (!) jazdy) sprawia wrażenie powrotu do cywilizacji ;-) Znajdujemy przyzwoity hotelik, bierzemy GORĄCY prysznic (w końcu!!!) i idziemy do miasta na rybę z frytkami i białe wino! Po 2 tygodniach kulinarnej schizofrenii tutaj możemy jeść praktycznie wszystko. Nasze żołądki wołają "Jeść!!!" Zewsząd docierają do nas zapachy ŚWIEŻEGO jedzenia! ;-)

Podróż w Boliwii była ciekawym doświadczeniem. Tam gdzie nie ma ludzi jest przyroda i krajobrazy, które powodują, że szczęka opada na dół z wrażenia. Avaroa National Reserve jest jednym z najpiękniejszych miejsc, które do tej pory widziałem. Jednak tam gdzie są ludzie jest straszny syf i jedno wielkie wysypisko śmieci... Poza tym w turystycznych miejscach lokalesi mają strasznie roszczeniowe podejście do obcokrajowców. Chociaż muszę przyznać, że z miast, które widzieliśmy, La Paz zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. To miasto jest wciągające i fascynujące. Na pewno warto się w nie zagłębić chociaż na kilka dni. Po przejechaniu zaledwie kawałka boliwijskiego Altiplano jestem zafascynowany tym miejscem, jednak równocześnie jestem zmęczony podróżowaniem po tym kraju...

Przez ostatnie dwa miesiące dużo się działo, tak więc ostatnie kilka dni zamierzamy skoncentrować się na "nicnierobieniu" w Arica ;-) Pytanie tylko kiedy nam się to znudzi? ;-)

wtorek, 10 stycznia 2012

Gejzery Tatio o świcie

(10.01) Budzik dzwoni o 3.20 rano... Wczoraj o tej porze wracaliśmy z pustyni, a dzisiaj o tej godzinie mamy wstać... Otwieram oko i przestawiam budzik o kolejne 10 minut. Jakoś nie chce nam się wychodzić z ciepłych śpiworów. Zbieramy się jednak, ponieważ o 4 nad ranem wyjeżdżamy z San Pedro w kierunku Gejzerów Tatio, które najbardziej spektakularnie wyglądają o świcie. Jedziemy szutrowymi drogami w górach, za oknem jeszcze noc i tylko ośnieżone szczyty odbijają blask księżyca. Busikiem trzęsie niemiłosiernie na wybojach. Z każdym górskim zakrętem jesteśmy coraz wyżej - gejzery są położone na wysokości 4,3 tys. m.npm. Na miejsce dojeżdżamy ok. 6 rano. Temperatura znośna - tylko -1 stopni. Mamy w końcu lato ;-) Pomimo puchówek i ciepłej odzieży trochę trzęsiemy się z zimna. W ostatnich dniach przyzwyczailiśmy się do wyższych temperatur ;-) Gejzery Tatio położone są na płaskowyżu otoczonym ośnieżonymi górami. Znajduje się tutaj ok. 40 gejzerów i ok. 70 dziur, z których wydobywają się wulkaniczne gazy. Wszystko wkoło syczy, bulgocze i paruje ;-) Trochę żałuję, że nie mam przy sobie kawałka mydła. Wrzucilibyśy "przez przypadek" kawałek do jakiejś dziury, dzięki czemu mielibyśmy spektakularną fontannę wody ;-)








O świcie mamy śniadanko i pijemy gorącą czekoladę żeby się trochę rozgrzać. Nawet proste śniadanie w takiej scenerii smakuje wyśmienicie :-)


Następnie przemieszczamy się w inną część równiny, gdzie są źródła termalne.


Temperatura powietrza raczej nie zachęca do zrzucenia z siebie kilku warstw ubrania, ale parujący basenik z termalną wodą wygląda obiecująco. Rozbieram się do samych kąpielówek i trzęsąc się z zimna biegnę do baseniku.


Wskakuję do wody. Ufff... Tu jest trochę cieplej ;-) Chociaż nie jest tak ciepło jak myślałem. Kręcę się po źródełku, aż w końcu znajduję TO miejsce. Gorąca termalna woda przenika przez piasek i aż parzy stopy. Tutaj można trochę posiedzieć ;-) Kasia jest niezdecydowana i zwleka z wejściem do wody. Mocne słońce spaliło jej skórę i trochę się boi, czy siarkowa woda nie spowoduje jakiegoś podrażnienia. Na chwilę wskakuje do wody i ze zdziwieniem na twarzy mówi "Ale tu gorąco!" :-) Fajnie się wykąpać w czymś takim, tylko skóra ma później taki specyficzny zapach ;-) W drodze powrotnej przejeżdżamy przez przełęcz na wysokości 4,6 tys. m.npm. Ciężko się oddycha i głowa zaczyna mnie boleć. Zastanawiam się głośno, czy nie wyciągnąć trochę liści coca do żucia. Na to odwraca się do mnie Marek (Polak mieszkający w Niemczech) z pytaniem "Masz te liście przy sobie?". No mam :-) Wyciągamy po kilka Iiści i wsadzamy je do ust. Po kilku minutach czuję się trochę lepiej. Głowa mnie przestała boleć i trochę lepiej mi się oddycha :-) Święte ziele Inków działa! ;-) Dojeżdżamy do malutkiej wioseczki Machuca. Dosłownie kilkanaście domów położonych w górach. Mieszka tu zaledwie kilka rodzin, które żyją z tego, że przyjadą turyści gringo i zostawią trochę pieniędzy. Miejsce jest sympatyczne i można tu spróbować lokalnej kuchni. Kasia kupuje empaniadę, a ja anticuchos de vacuno, czyli szaszłyki z vacuno. Nawet smaczne to było.








Do San Pedro wracamy inną drogą, która jest w kilku miejscach podmokła i błotnista. W pewnym momencie busik wjeżdża w bajorko i lekko grzęźnie. Koła zaczynają się boksować i gaśnie silnik. Po chwili busik przechyla się lekko na lewą stronę i jakiekolwiek próby dalszej jazdy powodują, że grzęźniemy coraz bardziej w błocie... No cóż... Trzeba ściągnąć buty i wskoczyć do bajorka.


Wszyscy wychodzą z samochodu poza Kasią, która deklaruje się, że może siedzieć za kierownicą (Kasia: przecież nie przydam się prz pchaniu auta i mam stracić okazję prowadzenia chociaż chwilkę busika? Nieee!! :) Na zdjęciu widać moją absolutną radość z zastałej sytuacji!).


Próbujemy wypchnąć auto, ale z każdą minutą lewa strona coraz bardziej zapada się w błocie.





Bez wsparcia nie damy rady wyciągnąć busa z bajorka. Nadjeżdża inny bus. Z nadzieją patrzymy, czy nam pomoże, jednak kierowca nawet się nie zatrzymał. Kolejny bus z konkurencyjnej agencji minął nas obojętnie. Sytuacja powtórzyła się kilkukrotnie! Żaden bus się nawet nie zatrzymał! Chyba mają tutaj wojnę pomiędzy agencjami turystycznymi... Żenujące. Dopiero jakiś prywatny pick-up, prowadzony przez Brazylijczyków, przyszedł nam z pomocą. Za drugą próbą samochód został wyciągnięty z błota, a Kasia zebrała gratulacje ze prowadzenie auta w trakcie całej operacji ;-) Kierowca odetchnął z ulgą, bo sytuacja zaczynała wyglądać kiepsko.


Jutro ruszamy na Salar de Uyuni. W Boliwii jest teraz pora deszczowa i drogi mogą być w różnym stanie. Ciekawe jakie przygody spotkają nas w najbliższych dniach? :-)

Salar de Atacama i nieplanowana nocna impreza na pustyni

(8.01) Wstajemy wcześnie rano - o 8 wyjeżdżamy na całodzienną wycieczkę na Salar de Atacama. My najbardziej jesteśmy zainteresowani dwoma miejscami - Laguna Miscanti oraz Laguna Chaxa. Zanim tam dojedziemy mamy jeszcze kilka miejsc w programie do zobaczenia. W drodze mamy fantastyczny widok na ośnieżone wulkany na granicy pomiędzy Chile a Boliwią. Na horyzoncie najbardziej odznacza się sylwetka wulkanu Licancabur (5917 m.npm.) oraz wulkanu Laskar (5600 m.npm.), który jest jednym z najbardziej aktywnym wulkanem w Chile. W ostatnich dniach Laskar dymi w większym stopniu niż zazwyczaj, ale podobno cały czas jest dosyć bezpiecznie w okolicy.


Dojeżdżamy do Quebrada de Jere. Zielona przestrzeń oazy kontrastuje z pustynnym krajobrazem. Kanion, w którym znajduje się oaza porośnięty jest drzewami owocowymi. Większość owoców jest jeszcze niedojrzała, jednak mamy okazją spróbować owoców chaniar, które w smaku przypominają orzechy.


Następnie jedziemy do Toconao - niedużej miejscowości na pustyni. Główną atrakcją tego miejsca jest kościół z zabytkową dzwonnicą, która zastała wybudowana przez Hiszpanów kolonizujących te tereny. Pomimo podejmowanych starań katolicyzm tutaj się za bardzo nie przyjął. Religia ta okazała się zbyt abstrakcyjna dla Indian mających swoje wierzenia.


Dla nas największą atrakcją tego miasteczka okazały się lamy, które Kasia miała okazję karmić jakimś zielskiem :-) Udomowione zwierzęta są łagodne w przeciwieństwie do guanaco, które plują jak tylko zbyt blisko się do nich podejdzie.





Następnie jedziemy zobaczyć dwie laguny położone wysoko w górach - Miscanti i Maniques. Kiedyś była w tym miejscu jedna laguna, powstała na skutek wybuchu wulkanu Miniques. Erupcja wulkanu zablokowała ujście rzeki i cała dolina została zalana. Jednak z czasem część wody odparowała i obecnie są dwa jeziorka połączone ze sobą wodami gruntowymi. Przy lagunach jest relatywnie dużo roślinności - dominują krzewy pajaraba, przypominające wyglądem trawy.





Podziwianie tych widoków jest lekko męczące ;-) Jesteśmy na wysokości 4250 m.npm. i trochę nas przytyka.


Jeszcze nie jesteśmy zaaklimatyzowani i na tej wysokości ciężko nam się oddycha i trochę boli głowa. W Boliwii na tą przypadłość mówią "sorochi", w Chile "mal de puna". Jest na to remedium - trzeba żuć liście coca albo pić herbatę z ich wywaru. W drodze do kolejnego miejsca zatrzymujemy się na obiad w Socaire, gdzie mamy możliwość spróbować tradycyjnych lokalnych potraw. Nam bardzo przypadła do gustu zupa carbonada - zawierająca chyba kilkanaście rodzajów warzyw. Muy rico! ;-) Równie smaczny był sok z melona (coraz bardziej mi te owoce smakują), który jest bardzo orzeźwiający i wręcz idealny na upały. Mamy przepis, tak więc może uda nam się coś takiego przygotować :-) Ostatnim, a zarazem najciekawszym punktem naszej dzisiejszej wycieczki jest Laguna de Chaxa na Salar de Atacama. Widok tego miejsca robi na nas duże wrażenie - równina pokryta rumowiskiem skał solnych, wśród których znajduje się jeziorko. Jest to obszar, na którym żyją flamingi. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy tych ptaków i przyjechaliśmy tu z myślą, aby je zobaczyć. Niestety w ciągu dnia przetacza się w tym miejscu sporo ludzi i znaczna część tych ptaków poleciała w bardziej spokojne miejsca. Kilka sztuk jednak zostało :-)

















Całkiem fajna ta dzisiejsza wycieczka, ale mamy poczucie, że zbyt dużo czasu spędziliśmy w miejscach, które można było wręcz ominąć, przez co zbyt mało czasu mieliśmy w miejscach, w których moglibyśmy spędzić nawet pół dnia... Widoki piękne, ale mamy z Kasią mały niedosyt. Wracamy na nasz camping i robimy sobie kolację. W pewnym momencie pojawiają się chłopaki z Urugwaju, których wczoraj poznaliśmy i zapraszają nas na parillę. Super! Idziemy :-) Impreza całkiem niezła - poza urugwajczykami są też dziewczyny z Chile i chłopaki z Argentyny. Okazuje się, że argentyńczycy są wspinaczami, tak więc szybko łapiemy nić porozumienia :-) Uczymy ich kilku słów i zwrotów polsku. Najbardziej spodobało im się "Na zdrowie" :-) W pewym momencie ktoś wpada na pomysł żeby pojechać w nocy na pustynię. W sumie czemu nie? :-) Zbieramy się szybko, podjeżdżamy do sklepu nocnego po odpowiednie zaopatrzenie i przy muzyce U2 wyjeżdżamy z San Pedro de Atacama. Chcemy jechać do Valle de la Luna, ale niestety jest zamknięta, więc ostatecznie jedziemy do Valle de la Muerte. Widok jest niasamowity. Księżyc oświetla skały i piaski. Wchodzimy na jakieś wzniesienie i przy butelce czerwonego wina podawanej z rąk do rąk rozkoszujemy się widokiem :-) Następnie idziemy do głównej części doliny, gdzie znajdują się piaszczyste wydmy. Okazuje się, że nie tylko my wpadliśmy na pomysł żeby tu przyjechać. Ktoś nawet podjechał tu samochodem i z głośników leci muzyka bardzo dopasowana do widoków, które mamy przed oczami :-) Niesamowite przeżycie i niezapomniane widoki :-) Wdrapujemy się na wydmę, z której mamy panoramę na całą okolicę oświetloną przez księżyc... Poza winem chłopaki mają ze sobą pisco, które wypijamy przy kolejnych toastach "na zdrowie!". Przyznam szczerze, że nie jest to idealna kombinacja i nie wychodzi ona na zdrowie ;-) (9.01) Dzisiaj cierpię na przypadłość, którą w Chile nazywają cuña, czyli po naszemu kac ;-) Jest to cena, jaką muszę zapłacić za wczorajszą nocną wycieczkę i imprezę, która na długo pozostanie nam w pamięci :-) Takie spontaniczne i nieplanowane przygody, przeżywane z osobami, z którymi ma się nić porozumienia są najfajniejsze. Bez znajomości podstaw hiszpańskiego bylibyśmy skazani tylko na zorganizowane wycieczki :-) Hugo! Dzięki za intensywny kurs językowy przed wyjazdem! :-)