piątek, 9 grudnia 2011

Chiloe

Jakby się ktoś pytał, to Curanto się przyjęło i nie było żadnych sensacji żołądkowych. Najwidoczniej muszle były świeże :-) Kto wie - może się na tej wyprawie kulinarnie rozwiniemy i z jeszcze większą odwagą będziemy podchodzić do lokalnych przysmaków? ;-) W Argentynie mają taki jeden przysmak. Podobno jak zabijają byka, to żaden kawałek mięsa się nie marnuje i wszysko trafia na ruszt. Łącznie z cojones ;-) To ostatnie trafia też na ruszt w sytuacji, kiedy biednego byczka kastrują. Uczta na całego ;-)

Rankiem (7.12) kręcimy się jeszcze po Ancud.


Myśleliśmy o wycieczce na wyspy, gdzie są kolonie pingwinów, ale pani zaśpiewała nam taką kwotę, że chyba nas pomyliła z amerykańskimi turystami... Udalośmy się zatem do lokalnego muzeum. Tak, tak - poszedłem dobrowolnie do muzeum ;-) W przewodniku wypatrzyłem, że mają tu kolekcję malowideł z mitologii ludu Mapuche. Istoty na tych obrazach przypominają Awatary. Chciałem to zobaczyć na własne oczy, ale się nie udało. Niestety kolekcji już od dawna tutaj nie ma... Szkoda. Dowiedzieliśmy się jednak co nieco o historii Ancud, która trochę tłumaczy dlaczego to miasto wygląda tak jak wygląda. W 1960 było tutaj silne trzęsienie ziemi z potężną falą tsunami, które zniszczyło to miasteczko. Miasto co prawda zostało odbudowane, ale swojego blasku i uroku sprzed tej tragedii już nie odzyskało...


Kolejnym punktem naszej dzisiejszej przejażdżki jest Dalcahue. Małe miasteczko, w którym znajduje się jeden z wielu słynnych drewnianych kościołów Chiloe, wpisanych na listę zabytków Unesco. Kościół zobaczyliśmy, do księgi pamiątkowej się wpisaliśmy, a następnie udaliśmy się do lokalnego portu. Znaleźliśmy tam tawernę rybną. Taką prawdziwą, a nie jakąś turystyczną restauracyjkę polecaną przez wszystkie możliwe przewodniki. Knajpa znajduje się na końcu nabrzeża, przy którym przycumowane są kutry rybackie.


Na wejściu wita nas ogłuszająy ryk lokalnego radia i charakterystyczny zapach ryb. W jednej sali znajduje się kilka stolików, a w drugiej sklep rybny, w którym w plastikowych pojemnikach piętrzą się różnego rodzaju muszle i coś, co kształtem przypomina kałamarnicę. Śmierdzi rybą, że aż miło ;-) Tuaj ryba na pewno będzie świeża! Facet z obsługi jest trochę zaskoczony naszym widokiem, ale z uśmiechem potwierdza, że możemy tutaj zjeść. Siadamy przy jednym z dwóch stolików na tarasie. Stolik pokryty ceratą, krzesła są brudne, ale widok rewelacyjny :-) Zamawiamy rybę, pomidory i patatas fritas. Kasia podgląda w kuchni proces przygotowaczy i po powrocie mówi - Marcin! Pani obiera ziemniaki na te patatas fritas. Frytki ze świeżych ziemniaków, a nie z przemielonej odpowiednio uformowanej papki ziemniaczanej! Zgodnie z oczekiwaniami, ryba była świeżutka, a za całość zapłaciliśmy łącznie z napojami 7200 peset. Przyzwoicie :-)


Niedaleko od Dalcahue znajduje się Castro. Jest to chyba największe miasto na Chiloe, które położone jest nad zatoką Golfo de Ancud. Widac, że w ciągu doby są tu znaczące pływy, bo domy znajdujące się nad brzegiem wody postawione są na drewnianych palach. Domki są różnokolorowe, drewniane, a cołość ma taki swojski klimat. A co tam się będę rozpisywać! Lepiej obejrzeć kilka zdjęć ;-)

















Z Castro udajemy się do Cucao - maleńkiej miejscowości położonej z jednej strony nad Pacyfikiem, a z drugiej nad jeziorem Huillinco. W zasadzie to jest bardziej wioska niż miejscowość. Bez problemu znajdujemy fajny camping i wybieramy się na spacer nad ocean. Pani z campingu powiedziała nam, że do oceanu jest blisko - ze 20 min. pieszo. Po ponad 40 min. marszu zastanawiamy się, czy przypadkiem nie pomyliliśmy drogi... W końcu nad ocean docieramy :-)















Cucao jest pewnego rodzaju bazą wypadową do Parku Narodowego Chiloe, słynącego z wydm ciągnących się szerokim pasmem wzdłuż oceanu.

Wydmy w dużej części porośnięte są bujną roślinnością, wśród której dominuje gigantycznej wielkości rabarber. Lokalesi inaczej nazywają to zielsko, ale jak dla mnie to jest przerośnięty rabarbar i tyle ;-) Łodygi tej gigantycznej rośliny są podobno jadalne. Podczas spaceru (8.12) po wydmach znaleźliśmy ułamaną łodygę - zapach ma identyczny jak nasz rodzimy rabarbar :-)


Fajny ten Chiloe park, ale musimy się już zbierać. Jutro rano odstawiamy samochód i wsiadamy na prom, którym przez trzy kolejne dni będziemy płynąć przez fiordy Patagonii. Najwygodniej nam jest nocować w Ancud, ale zanim tam docieramy, odbijamy jeszcze w drodze powrotnej do Queilen. Droga na mapie oznaczona jest jako "scenic drive" - rzeczywiście ostatnich kilkanaście kilometrów to fantastyczny widok na wybrzeże Chiloe i Andy po drugiej stronie zatoki :-)


W Ancud potwierdza się teoria, że świat jest mały - przez przypadek wpadamy na campingu na poznanych kilka dni temu backpackerów z Niemiec :-) Ciekawe, gdzie na siebie jeszcze wpadniemy? ;-)

środa, 7 grudnia 2011

Przygoda różne ma oblicza

Dzisiaj (6.12) opuszczamy przesympatyczny camping w Ensenada. Żegnamy się z Kristi i Michaelem - możliwe, że spotkamy się jeszcze w Boliwii - mniej więcej w tym samym czasie co my zamierzają być w La Paz. Świat jest w końcu mały, tak więc jest szansa, że na siebie przez przypadek wpadniemy :-)

Park Narodowy Vicente Perez Rozales jest dosyć duży i w ciągu zaledwie kilku dni trudno jest wszystko zobaczyć. My przed wyjazdem chcemy jeszcze zobaczyć Saltos de Petrohue - wodospady na rzece Rio Petrohue. Dzisiaj mamy szczęście, ponieważ w tle za kaskadami widać dostojną sylwetkę wulkanu Osorno. W jednym miejscu aż nas korci żeby wskoczyć do wody i popływać, ale niestety nie można i za dużo filanców z CONAF (parkowców w zielonych mundurkach) kręci się po okolicy.









W drodze powrotnej zatrzymujemy się na chwilę w Pto Varas, gdzie mamy obłędny widok na jezioro i wulkany :-)


Robi się jednak trochę późno i opuszczamy region Los Lagos. Zielona kraina jezior i wulkanów przypadła nam bardzo do gustu - moglibyśmy tu siedzieć nawet dwa tygodnie. Jeżeli będziecie kiedykolwiek w tej okolicy, to zatrzymajcie się tutaj chociaż na kilka dni. Przepiękny rejon :-)

Ruszamy dalej w kierunku Chiloe. Chcemy się jeszcze dzisiaj przeprawić promem na wyspę i nie wiemy ile nam to czasu zajmie. Dojeżdżamy jednak dosyć szybko do miejscowości Pargua i od razu wjeżdżamy na prom, który chwilę przed naszym przyjazdem przybił do nabrzeża. Pół godziny przeprawy przez Canal Chacao i jesteśmy już na wyspie. Zapach morskiej wody pobudził nasze żołądki i jedno jest pewne - jedziemy na chilijskie mariscos! Dojeżdżamy do Ancud i kierujemy się w kierunku Central Plaza, którego nie możemy tak naprawdę znaleźć. Wszystko wygląda tak samo i jakoś nigdzie nie ma żadnego centrum ani placu... Parkujemy przy nabrzeżu i idziemy szukać jakiejś knajpy. Wszytko jednak jest albo zabite dechami albo przypomina drogie restauracje, które świecą pustkami. Znajdujemy w końcu Restaurant Kuranton.


Nazwa wskazuje, że najprawdopodobniej znajdziemy tutaj danie, o którym wspominał nasz wczorajszy dobroczyńca. Chcieliśmy iść raczej do tawerny rybnej, ale jak nie możemy niczego znaleźć to idziemy do Kuranton. Kelner przynosi nam karty. Wszystko napisane jest po hiszpańsku. Sekcja z mariscos i pescados jest dosyć obszerna, ale nazwy w części MARISCOS nic nam tak naprawdę nie mówią. Jest też CURANTO. Nie wiemy co to jest, ale zamawiamy jedną porcję i patatas fritas (frytki znaczy się). Nasze wcześniejsze doświadczenia z wielkością porcji wskazują, że jedna porcja na dwie osoby powinna być wystarczająca. Zamawiam jeszcze lokalne piwo i dostaję una copa de cerveza Kunstmann. Prawie jak na October fest ;-) Knajpa nawet sympatyczna. W tle leci sobie muzyka. Bardzo specyficzna - wyobraźcie sobie marynarskie pieśni śpiewane po hiszpańsku na bawarską nutę :-) W końcu kelner przynosi nasze CURANTO i trochę nam rzędną miny... Zamówiliśmy bardzo duży talerz, na którym piętrzą się muszle wszelkiego rodzaju!!!


Kasia ma niewyraźną minę, ja chyba jeszcze gorszą... Na szczęście na talerzu są również: kiełbasa, boczek, kurczak, pieczony ziemniak, jakieś kluski ziemniaczane i wywar z muszli do popicia... Coś tam do zjedzenia jest ;-) Po chwili dochodzimy do wniosku, że może warto jednak spróbować tych gumowych zawartości muszli. Wydłubuję jedno takie z czarnej muszli i nawet da się zjeść. Kasia szarpie się z dużą muszlą i tylko słyszę - Marcin, ja nie mogę tego nawet z tej muszli wyciągnąć! Dobrze, że mam Kunstmanna - piwo mnie uratuje! Kolejne wyzwanie, to biała muszla - tu zawartość jest większa niż w czarnej i jeszcze bardziej gumowata... W wersji solo nie przejdzie. Z pomocą przychodzą patatas fritas - czyli: frytka, gumowe coś, frytka i takie coś staram się przegryźć. No i szybko łyk Kunstmanna. Kasia skoncentrowała się na kurczaku. Ja walczę dalej z czarnymi muszlami. Frytka, gumowe coś, frytka i łyk Kunstmanna. Kelner! Jeszcze jedno piwo proszę! Jest nieźle. Jesteśmy już za połową talerza. Zostały praktycznie białe muszle i takie wielkie czarne, których nawet nie próbujemy otwierać... Na kolejnej białej już wymiękłem... Nie dam rady już więcej tego przełknąć... W sumie to niezły ubaw mamy, chociaż jest to pierwszy i ostatni raz kiedy zamówiliśmy CURANTO. Ufff... Wystarczy tego ;-)


Chociaż podobno curanto ma dobre działanie na człowieka ;-)


Wulkan Osorno

Celem dzisiejszego dnia (5.12) ma być: 1) sprawdzenie warunków na wulkanie Osorno - jak tam dojechać, tak żeby na wypadek jutrzejszego ewentualnego wejścia nie miotać się po okolicy tracąc cenny czas, 2) znaleźć miejsce, gdzie można wypożyczyć raki i czekan, których ze sobą nie mamy i po 3) zweryfikować, czy w ogóle jestem w stanie już chodzić z tą moją nogą, która cały czas nie funkcjonuje tak jak powinna i do której nie mam ostatnio zaufania...

Krótko mówiąc, przeznaczamy dzień na rekonesans, co skutkuje tym, że nie wstajemy zbyt wcześnie ;-) Do schroniska u podnóża wulkanu dojeżdżamy w okolicach godz. 11. Chłodny wiatr powoduje, że ubieramy windstopery. Wyciągamy kijki treckingowe i idziemy się przejść. Podchodzimy sobie najpierw po wulkanicznym pyle, potem po zleżałym śniegu, który jest na tyle miękki od świecącego słońca, że raki są tutaj do niczego nie potrzebne. Podejście idzie nam dosyć sprawnie. Idziemy wzdłuż kolejki krzesełkowej - na zboczach wulkanu jest stok narciarski. W zasadzie chcemy dojść do górnej stacji kolejki.


Póki co warunki są dosyć dobre. Śnieg jest ma tyle miękki, że cały czas dajemy radę podchodzić tylko przy wsparciu kijków trekingowych. Jedynym utrudnieniem są przetaczające się chmury, które znacząco utudniają widoczność. Jednak lekki wiatr co jakiś czas przegania chmury i co chwilę mamy szczyt wulkanu jak na dłoni. Im wyżej jesteśmy, tym mamy piękniejsze widok. Z jednej strony wulkan Calbuco, również pokryty sniegiem, z drugiej strony lśniącą w słońcu taflę jeziora Llanquihue.


Idzie mi się zaskakująco dobrze. Pomimo obaw moja lewa noga sprawnie sobie radzi, chociaż daleki jestem od formy, którą uznałbym za przyzwoitą. Jednak metr po metrze idę do góry i w głowie kołocze mi się myśl, że może warto byłoby pójść wyżej żeby chociaż sprawdzić w jakim stanie jest śnieg i czy bez raków podejście jest możliwe. Na wysokości górnej stacji kolejki, Kasia decyduje się zostać. Ja podejmuję wyzwanie i idę jeszcze z godzinę do góry. Im wyżej, tym temperatura robi się coraz niższa, co niestety przekłada się na coraz twardszy śnieg. Momentami śnieg jest zlodowaciały, a nachylenie stoku robi się coraz większe. Bez raków podejście staje się coraz trudniejsze. Poza tym przy tym nastromieniu jakiekolwiek pośliznięcie mogłoby się skończyć dłuuuugim i niekontrolowanym zjazdem do podstawy... Bez sprzętu nie ma sensu pchać się dalej, tym bardziej, że największe wystromienie jest w kopule szczytowej. Nie ma sensu podejmować ryzyka dla zdobycia szczytu. Nie jestem kolekcjonerem szczytów i mam przyjemność z samego przebywania w górach. Zawracam zatem i ostrożnie schodzę na dół. Przede mną jeszcze niejedna góra i niejeden szczyt, tak więc w sumie bez żalu przemieszczam się w dół - widoki i tak nawet z tej wysokości są fantastyczne :-)


Zrobiło się już trochę późno i wracamy na camping. Po kilku dniach musimy zorganizować pranie, zrobić zakupy i takie tam. Proza życia. Okazuje się, że na campingu nie ma pralki i co najwyżej można ręcznie sobie rzeczy wyprać... Rewelacja :-/ Jedziemy zatem najpierw po zakupy. Pierwszy sklep w wioseczce zabity dechami, drugi zamknięty i nikogo na horyzoncie nie widać, aż w końcu trafiamy do supermercado.


Nowy sklep. W środku właściciel z pomocnikiem. Kręcimy się w środku i nie możemy kilku rzeczy znaleźć. Idę w kierunku lady i mówię z uśmiechem, że muszę po słownik pójść, bo nie wiem jak po hiszpańsku nazywają się rzeczy, które potrzebujemy. W odpowiedzi facet świetnym angielkim odpowiada, że jak znamy angielskie, to nie potrzebujemy słownika. Robimy dosyć duże zakupy, kupujemy empaniady na obiad (tym razem poza wersją z wołowiną, bierzemy również wersję z kurczakiem - pycha). W pewnym momencie zadaję facetowi pytanie - jeżeli pan wszystko ma i wszystko wie, to może podpowie nam pan, gdzie tu można pranie zrobić ;-) Facet myśli i kombinuje... Tutaj to chyba nie... Może w Pto Varas mają pralnię... Ale wiecie co?! Ja mam tu dom z tyłu za sklepem! Jak chcecie, to możecie sobie zrobić pranie u mnie w domu. Szczęka mi normalnie opada. Facet nawet nie chce żadnych pieniędzy. Po załadowaniu pralki śmieje się, że teraz mamy trochę czasu i na spokojnie możemy sobie zjeść nasze empaniady :-) Czegoś takiego, to się nie spodziewaliśmy :-) w ciągu godziny gadamy sobie z nim trochę. Okazuje się, że pracował wcześniej dla amerykańskiej korporacji (stąd tak dobrze znał angielski), ale po jakimś czasie wyniósł się z Pto Montt i otworzył tutaj swój sklep. A jeszcze wcześniej objechał kawał świata jako sommelier. Rozwinęliśmy wątek dotyczący win i pokazaliśmy mu fotki z Indomity - facet na to, że w restauracji przy tej winiarni jest świetny szef kuchni, którego zna osobiście. Przy okazji rozmowy na temat jedzenia mówi nam, że jak będziemy na Chiloe, to koniecznie musimy spróbować CURANTO - lokalnej potrawy z owocami morza. Brzmi ciekawie. Kasia wyciąga karteczkę, na której spisuje ważne informacje i poniżej notatki o La Gatita wpisuje Curanto. Na to facet wykrzykuje - La Gatita! W Con-Con? My na to, że tak - super jedzenie tam mają. A on na to - wiem, wiem - dużo lepsze niż w restauracji w winiarni Indomita! Jaki ten świat jest mały. Mamy wrażenie, że restauracyjka rybna z Con-Con jest znana w całym Chile ;-)

W świetnych humorach wracamy na camping, gdzie resztę wieczoru spędzamy na plaży z poznanymi dzień wcześniej backpackerami z Niemiec. Kristi i Michael są już drugi raz w Ameryce Południowej i po raz drugi przyjechali tu na 10 miesięcy... Bardzo sympatyczna parka :-)


wtorek, 6 grudnia 2011

Niesamowite plaże nad jeziorem Puyehue

W niedzielę (4.12) nie wstajemy zbytnio wcześnie. Nic nas nie goni i zamierzamy "pobawić się" w tzw. Zwykłych Turystów ;-) Wsiadamy więc w samochód i robimy sobie przejażdżkę po okolicy. Sielsko anielsko - zielony, pagórkowaty teren, krówki się pasą. Jedziemy sobie równiutką drogą... Fajnie jest ;-) Widać, że te tereny są idealne dla rolnictwa. Jakość lokalnych produktów mamy zresztą okazję przetestować. Zatrzymujemy się przy stoisku przy drodze, gdzie pani oferuje wyroby "domowej roboty". Sery, kiełbasy, przetwory owocowe, domowy chleb, empaniadas... Bierzemy po trochu kilka produktów, za które płacimy niewygórowane pieniądze. Zajadamy się empaniadas - to takie pierogi z ciasta, wypełnione czymś w rodzaju gulaszu z wołowiny, z cebulką, oliwkami i kawałkiem jajka - pycha! Jak tak dalej pójdzie, to zamiast zrzucić kilka kilogramów przytyjemy znacząco. Ale co tam! Obok takiego jedzenia nie można przejść obojętnie ;-)
Po drodze mijamy też pola kwiatów. Siłą zmuszony jestem zawrócić, ale czego nie robi się żeby zobaczyć kobiecy uśmiech :-) Kasia łamanym hiszpańskim wyjaśnia paniom pracującym na polu, że peonie to jej ulubione kwiaty. Kobiety pomimo małej bariery językowej dogadały się szybko i w efekcie Kasia wróciła do samochodu z dwoma kwiatkami :-)






Jako "Zwykli Turyści" jedziemy do parku narodowego Puyehue, gdzie znajdują się tzw. Aguas Calientes, czyli ciepłe wody. Początkowo chcieliśmy się trochę pomoczyć w basenie, ale jak zobaczyliśmy jak to wygląda, to bardziej byliśmy skłonni wskoczyć do lodowatej wody po lewej stronie ;-)


Pogoda jest trochę lepsza niż wczoraj, ale chmury szczelnie zakrywają wyższe partie gór, tak więc nie mamy okazji zobaczyć wulkanu Puyehue, który kilka miesięcy temu uaktywnił się, wyrzucając z siebie masy popiołu wulkanicznego. Dymiło na tyle mocno, że w ruchu lotniczym pojawiły się bardzo duże utudnienia. Kierunek wiatru spowodował, że większość pyłu opadła po argentyńskiej stronie. Tutaj nie widać efektów aktywności wulkanu.

Jedziemy wzdłuż brzegów jeziora Puyehue. Widok jest fantastyczny. Z góry widać, że nad jeziorem są rozległe piaszczyste plaże z jasnym piaskiem.


Niestety jest problem żeby dojechać do samego brzegu. Wszędzie są prywatne posesje albo gęsty busz, w który trudno się wcisnąć. Z chodzeniem po buszu mam już doświadczenia z Nowej Zelandii, poza tym tutaj są te włochate pająki i cholera wie co jeszcze, tak więc nie mam zbytniej ochoty na przedzieranie się przez te chaszcze. W końcu natrafiamy jednak na normalne zejście. Jezioro wygląda obłędnie.


Linia brzegowa porośnięta jest bujną roślinnością, wśród którem dominuje bambus (!). Udaje nam się dojść do tych "piaszczystych plaż", które z każdym ruchem fal unoszą się i opadają, wydając jednocześnie szeleszczący dźwięk... To nie piasek oczywiście, tylko wulkaniczny pumeks, który w formie malutkich, jasnych kulek unosi się na wodzie. Jest to najprawdopodobniej to, co wyrzucał z siebie przed kilkoma miesiącami pobliski wulkan. Całość wygląda dosyć surrealistycznie - czarny wulkaniczny brzeg jeziora, pokryty jasnym, również wulkanicznym pumeksem. Do tego krystalicznie czysta woda...


Wracamy na nasz camping. W drodze powrotnej mamy w końcu okazję zobaczyć majestatyczną sylwetkę wulkanu Osorno. Śnieżna czapa na kopule szzytowej wygląda imponująco :-) Hmm... A jakby tak spróbować wejść na ten wulkan? Pewnie potrzebne będą raki i czekan... Może jutro uda się znaleźć miejsce, gdzie można wyporzyć niezbędny sprzęt...

Inny kraj

Rano (3.12) budzi mnie ze snu ulewa, która wielkimi kroplami wali o okna autobusu. No pięknie - myślę sobie... Chcieliśmy trochę odpocząć od tych upałów, ale takiej zmiany pogody się nie spodziewaliśmy. Jesteśmy ponad 1000 km od Santiago i mamy wrażenie jakbyśmy wjechali do całkiem innego kraju. Przede wszystkim wszędzie jest zielono. Wszędzie! W okolicach Santiago tylko w winnicach i w sadach uprawnych jest zielono. Reszta krajobrazu jest spalona przez słońce. Tutaj natomiast dzięki częstym opadom deszczu i wilgoci zieleń wypełnia każdy możliwy zakamarek.

Przejeżdżamy przez Osorno, Pto Varas, do Pto Montt mamy zaledwie 20-30 km - poza zielenią rzuca nam się w oczy jeszcze coś. Na początek to COŚ jest mało uchwytne. Po chwili nadajemy temu nazwę - PORZĄDEK. Oczywiście nie taki totalny, ale domy są jakieś takie bardziej porządne, na ulicach większy ład. Na ulicach prakcznie same nowe samochody. Momentami mamy wrażenie jakbyśmy byli bardziej w Europie niż w Ameryce Południowej. Wszystko jednak na chwilę wraca do "normy" na przedmieściach Pto Montt, gdzie domy wyglądają na raczej na opuszczone. W centrum znowu mamy "Europę" - nowoczesne centrum handlowe, w którym wszystko można kupić. Tutaj podobnie jak u nas od początku grudnia króluje gwiazdkowa komercha - kolędy po hiszpańsku z angielskimi wstawkami, gwiazdor zapraszający na zakupy... Robimy zakupy i uciekamy stąd.

Jedziemy do Pto Varas, które jest jednym z kilku miast w okolicy założonych przez niemieckich imigrantów, przybyłych w te okolice pod koniec XIX wieku. W 1845 na zaproszenie Chile przybyło tutaj 150 rodzin niemieckich. W ślad za nimi przypłynęło tutaj 66 statków z Hamburga z kilkoma tysiącami osadników, którzy stworzyli tutaj swoją małą ojczyznę. Widać, że niemieckie podejście do gospodarowania pozostało we krwi tutejszych mieszkańców. Wszędzie w tej okolicy jest ład i porządek, a w październiku organizowane jest tutaj October fest :-) Obecnie cała okolica przygotowuje się już do okresu świątecznego - na głównym skwerze Pto Varas stoją już choinki, a sztuczny gwiazdor wzbudza zainteresowanie dzieciaków.





Pto Varas położone jest nad olbrzymim jeziorem Llanquihue, nad którym góruje swoją sylwetką wulkan Osorno. My oczywiście w pierwszych kontaktach z wulkanami nie mamy za dużo szczęcia i zamiast pięknego widoku widzimy coś takiego ;-)


Standardowo musimy znaleźć nocleg. Liczymy na to, że nad jeziorem znajdziemy jakąś miejscówkę. W końcu, po ok. 30-40 km jazdy trafiamy do małej wioseczki Ensenada i znajdujemy camping! Wszystko wygląda jakby było zamknięte. Na środku placu stoi doszczętnie spalony budynek recepcji... Hmm... Chyby znowu nie mamy szczęścia. Okazuje się jednak, że camping działa, można się rozstawić z namiotem nad samym jeziorem, jest ciepła woda, darmowe Wi-Fi i wszystko to za 4000 peso (ok 25 pln) za nocelg za dwie osoby! Zostajemy tu na kilka dni! :-)