To już jutro. Wylot o 19.05. Najpierw Paryż. Dwie godziny czekania i lecimy dalej do Santiago de Chile. Jak wszystko dobrze się ułoży, to w poniedziałek nad ranem będziemy przelatywać nad Andami. Trochę to abstrakcyjne, a jednak ;-)
Od zaczepnego pytania Kasi (dla zainteresowanych - post pt. "Deja vu") minęło pół roku. Sporo się przez ten czas działo, a końcówka to jakaś szalona była i przepełniona plagami egipskimi albo jak to pan doktor Tomasz stwierdził raczej plagami peruwiańskimi lub boliwijskimi. Zaczęło się od infekcji, po której wylądowaliśmy na antybiotyku, a skończyło na rwie kulszowej, po której ledwo chodzę. Jutro rano czeka mnie jeszcze zbawienna seria kolejnych zastrzyków - masakra jakaś...
W tym między czasie, pomimo natłoku zajęć wszelakich dosyć intensywnie walczyliśmy z hiszpańskim (¡Hugo - gracias por la ayuda!). Coś tam kumamy, ale i tak obawiamy się, że pierwszy kontakt z chilijską, argentyńską, czy boliwijską wersją castellano może skończyć się na wypowiedzeniu krótkich zdań typu: ¡No entiendo! ¿Habla ingles? Jakby co, to zawsze pozostaje uśmiech i język migowy - jakoś się dogadamy ;-)
Ostatnie miesiące to również czas trudnych decyzji (szczególnie dla Kasi). Zostały one już podjęte i tyle. Czasami realizacja marzeń jest trudna i wymaga rezygnacji z czegoś na czym nam zależy. Nie chciałbym niczego sugerować, ale taka postawa klasyfikuje się moim zdaniem do nominacji na "Zwykłego Bohatera" ;-)
Nie ma co rozpamiętywać się nad przeszłością. Jesteśmy tu i teraz, co w praktyce oznacza usilne próby redukowania bagażu ;-))) Wiem, wiem - powinniśmy być już dawno spakowani. Nie wyszło jakoś i pakujemy się na ostatnią chwilę. Waga jest nieubłagana i niemiłosierna. Szczególnie w sytuacji, gdy wszystko będziemy targać na własnych plecach. Okazało się, że masa rzeczy jest nam niepotrzebna i po kolejnych iteracjach, kończących się wyrzucaniem z plecaków czego się da, osiągnęliśmy stan akceptowalny - w sumie mamy ok. 25 kg gratów mniej niż podczas wyjazdu na Nową Zelandię ;-)))
Ech... Będzie się działo. Póki co, dziękujemy Wszystkim, którzy poświęcili nam swój czas i udzielili wielu cennych rad i wskazówek, których ciężko byłoby się doszukać nawet w najlepszym przewodniku. ¡Muchas gracias!
Niby mamy jakiś plan, ale jak będzie, to się okaże na miejscu :-)
Marcin & Kasia
sobota, 26 listopada 2011
piątek, 28 października 2011
Biertje en chocoladjes! Alstublieft
Letni sezon wspinaczkowy się skończył… Niestety… (To jest moja opinia. Kasia ma inne zdanie w tym temacie). Agroclimbing zmienia zatem na jakiś czas tematykę. Z Agro-Climbing na Agro-Travelling ;-)
Przygotowania do dużej wyprawy trwają. Nasze mieszkanie zaczyna przypominać pobojowisko. Przewodniki, mapy, materiały do hiszpańskiego… Szukamy możliwości kontaktu z osobami, które podróżowały po Ameryce Południowej i mogą się z nami podzielić praktycznymi doświadczeniami… Do wielu takich osób docieramy poprzez blogi, co mnie jeszcze bardziej utwierdza w sensie pisania o podróżach :-) Pozdrawiamy zatem blogowiczów ;-)
Przygotowania do dużych wyjazdów przygotowaniami, ale nie można przecież zapominać również o tych małych wyjazdach. Nawet jeżeli są to wyjazdy tylko weekendowe. Każdy z nas ma chyba swoje takie miejsca, do których wraca choćby na chwilę. Dla mnie jednym z takich miejsc jest Brugge. Średniowieczna perełka we flamandzkiej części Belgii, do której z Warszawy można dostać się szybciej niż do Gdańska (przy obecnym stanie naszej nieszczęsnej infrastruktury drogowej i kolejowej). Oto dowód: wsiadacie w samolot Wizzair na Okęciu odlatujący w piątek o 18.50. Po wyjściu z lotniska o 20.32 (zamiast marnować czas na wylewne powitania z najbliższymi) przemieszczacie się biegiem na autobus odjeżdżający do Brukseli o 20.35. Przesiadka na pociąg, potem jeszcze jeden pociąg i ok. 23 jesteście na miejscu. Łączny czas przejazdu: ok. 4h. Z Warszawy prędzej to chyba tylko na Jurę można dojechać, ale nie zawsze ;-)
A Brugia jak to Brugia… Piękna jest i tyle. Nie jestem miłośnikiem architektury. Preferuję naturę we wszelkiej postaci. Jednak dla Brugii robię wyjątek. Wiekowe kamieniczki i brukowane uliczki tworzą niepowtarzalną atmosferę. Dzięki Monice odkryłem to miejsce i wystarczy, że kilka godzin pokręcę się po starówce, wypiję kufelek zimnego Leffe (tytułowe biertje), zjem (nie)jedną pralinkę (tytułowe chocoladjes) i już mam błogość na twarzy ;-) Szczególnie w takim towarzystwie ;-)

Podczas tego wyjazdu nie mamy w zasadzie żadnych precyzyjnych planów – kręcimy się leniwie po okolicy i tyle. W sobotę rano docieramy na targ na ryneczku.

Najciekawiej jest na targu z kwiatami, owocami, warzywami, kurami i królikami ;-))) Wzrok przyciągają kolory, a zakupy owoców z całego świata drenują stopniowo portfel z euro ;-)
Niektóre rośliny rozgrzewają swoją nazwą wyobraźnię. Kangurze Łapki jednoznacznie kojarzą się z Australią, która jest wysoko na naszej top liście celów podróżniczych ;-)
Z targu wracamy z jesiennymi wrzosami, które lądują u Moniki na parapecie. Okno momentalnie staje się na tyle atrakcyjnym punktem na ulicy, że co chwilę zatrzymują się przed nim turyści robiący zdjęcia, komentując jednocześnie, że ci Belgowie to tak dbają o to żeby było ładnie na ulicy… Ciekawe, czy inne ładnie przyozdobione okna są również zasługą obcokrajowców ;-)



Ech… Fajna ta Brugia… Tylko zwyczaje mają tutaj jakieś dziwne… Na dzień dobry mówią „Goeie morgen”, co we flamandzkim dialekcie Brugge brzmi tak – cytuję: „Chuje morhen” (bez komentarza). Na dodatek część małych mieszkańców Brugii żegna się w jeszcze bardziej specyficzny sposób ;-)
Verdomme ;-)
Przygotowania do dużej wyprawy trwają. Nasze mieszkanie zaczyna przypominać pobojowisko. Przewodniki, mapy, materiały do hiszpańskiego… Szukamy możliwości kontaktu z osobami, które podróżowały po Ameryce Południowej i mogą się z nami podzielić praktycznymi doświadczeniami… Do wielu takich osób docieramy poprzez blogi, co mnie jeszcze bardziej utwierdza w sensie pisania o podróżach :-) Pozdrawiamy zatem blogowiczów ;-)
Przygotowania do dużych wyjazdów przygotowaniami, ale nie można przecież zapominać również o tych małych wyjazdach. Nawet jeżeli są to wyjazdy tylko weekendowe. Każdy z nas ma chyba swoje takie miejsca, do których wraca choćby na chwilę. Dla mnie jednym z takich miejsc jest Brugge. Średniowieczna perełka we flamandzkiej części Belgii, do której z Warszawy można dostać się szybciej niż do Gdańska (przy obecnym stanie naszej nieszczęsnej infrastruktury drogowej i kolejowej). Oto dowód: wsiadacie w samolot Wizzair na Okęciu odlatujący w piątek o 18.50. Po wyjściu z lotniska o 20.32 (zamiast marnować czas na wylewne powitania z najbliższymi) przemieszczacie się biegiem na autobus odjeżdżający do Brukseli o 20.35. Przesiadka na pociąg, potem jeszcze jeden pociąg i ok. 23 jesteście na miejscu. Łączny czas przejazdu: ok. 4h. Z Warszawy prędzej to chyba tylko na Jurę można dojechać, ale nie zawsze ;-)
A Brugia jak to Brugia… Piękna jest i tyle. Nie jestem miłośnikiem architektury. Preferuję naturę we wszelkiej postaci. Jednak dla Brugii robię wyjątek. Wiekowe kamieniczki i brukowane uliczki tworzą niepowtarzalną atmosferę. Dzięki Monice odkryłem to miejsce i wystarczy, że kilka godzin pokręcę się po starówce, wypiję kufelek zimnego Leffe (tytułowe biertje), zjem (nie)jedną pralinkę (tytułowe chocoladjes) i już mam błogość na twarzy ;-) Szczególnie w takim towarzystwie ;-)
Najciekawiej jest na targu z kwiatami, owocami, warzywami, kurami i królikami ;-))) Wzrok przyciągają kolory, a zakupy owoców z całego świata drenują stopniowo portfel z euro ;-)
Niektóre rośliny rozgrzewają swoją nazwą wyobraźnię. Kangurze Łapki jednoznacznie kojarzą się z Australią, która jest wysoko na naszej top liście celów podróżniczych ;-)
Wyjazd do Brugii, to oczywiście spacer w kierunku mollen, czyli wiatraków. Z wiatrakami bardziej kojarzy się Holandia (cóż to była w zeszłym roku za radość jak dotarliśmy do Zaanse Schans J ), ale w Belgii można też znaleźć perełki. W Brugii, nad kanałem stoi dumnie kilka odmian – są „Koźlaki”, jest obrotowy „Wipmolen”… A kilka kilometrów dalej, w Damme, można znaleźć nawet klasycznego „Bergmolen” (!).
Fajna ta Belgia… Szczególnie, że w takim miejscu można byłoby rozważyć mieszkanie na wypasionej starej barce.
Taką barką można nawet bez większego problemu dopłynąć nawet do samej Holandii kanałem, który jest bardziej prosty niż niejedna polska droga…
Verdomme ;-)
środa, 7 września 2011
Żeglarskie inspiracje w skałach
W końcu przestało w weekendy padać… W końcu można pojechać w skały J Radość normalnie. Wsiadamy w samochód i jedziemy. Dalej niż zazwyczaj. Dalej niż w zeszłym roku. Z dwóch powodów. Po pierwsze trasa katowicka jest rozkopana i w tym roku zamiast przez Częstochowę jeździmy przez Kielce, co okazuje się nie takim złym rozwiązaniem szczególnie w perspektywie dojazdu prawie pod sam Kraków. Po drugie – w okolicach Częstochowy i innych Podlesic, Rzędek, Mirowów i innych Łutowców itp. Proste drogi dla agroclimbingu mamy już przewspinane, tak więc bez progresu w zakresie trudności wspinaczkowych „zmuszeni” jesteśmy szukać nowych terenów. Krótko mówiąc – dojeżdżamy w końcu do słynnej i mitycznej wręcz Doliny Będkowskiej. Na początek zaczynamy skromniutko. Tuż u jej brzegu – nie ośmielamy się tak z buciorami, od razu uderzyć w jej centralną część. Zaczynamy więc od „Zaklętego Muru”. Skała wspaniała, jakże inna od tego jurajskiego „mydła” ;-) Jest walka. Na niskim poziomie trudnościowym, ale zawsze ;-) Droga po drodze i jakoś z tym wspinaniem idzie ;-) Na koniec – zmęczenie i zadowolenie J Na koniec dnia jedziemy jednak do „centrum” Będkowskiej rzucić okiem na Sokolicę. Kasi ściana się nie podoba – za duża podobno… Moim zdaniem wręcz przeciwnie – mogłaby być nawet dwa razy większa ;-) Już mam wizję na przyszły tydzień. Muszę tylko Ankę nakręcić na wspin wielowyciągowy ;-)
W kolejnym tygodniu obieramy wyraźnie wytyczony cel. Bierzemy szpej, sznurki i z stajemy z Anką pod ścianą. Pod najprostszą drogą na całej ścianie – żeby nie było wątpliwości ;-) Problem jednak w tym, że jest to chyba jedna z najczęściej chodzonych dróg na tej ścianie, przez co początek drogi jest wyślizgany jak glazura. Zasapałem się na tym pierwszym wyciągu. Na kolejnych dwóch było już lepiej J Takie wspinanie lubię najbardziej J Zjeżdżamy na dół. Kolejna droga – pomimo, że trudniejsza, to jednak łatwiejsza (mniej wyślizgana). Potem kolejna, po której w pełni usatysfakcjonowani wracamy na camping. Wieczorem browarek, ognisko i opowieści wszelakie - trochę o wspinaniu, więcej o podróżowaniu i o… żeglarstwie ;-) Przy ognisku, jak to przy ognisku w pewnym momencie zaczęły się śpiewy. Co ciekawe… Hmmm… Dominowały szanty. Czyżby wspinacze swoich piosenek nie mieli ?!? Po krótkiej dyskusji doszliśmy do wniosku, że wspinacz zazwyczaj jest zbyt zmęczony wieczorami żeby coś rymowanego wymyśleć, tak więc dużo prościej korzystać jest z dorobku już wypracowanego. Skoro we wspinaniu wykorzystuje się żeglarskie węzły, to dlaczego nie można byłoby korzystać również z tych samych piosenek? ;-) Szczególnie popularna była jedna zwrotka, a w zasadzie refren: cyt:
„Już nie wrócę na morze,
Nigdy więcej o nieeeee.
Wreszcie koniec włóczęgi,
Na pewno to wieeeeem.”
Nigdy więcej o nieeeee.
Wreszcie koniec włóczęgi,
Na pewno to wieeeeem.”
Muzyka prosta. Tekst też. Mówiąc krótko - po kilku piwach piosenka nie wymaga talentu muzyczno-wokalnego, a trzeba przyznać, że w kontekście wspinania tekst ma niezwykle trafny ;-)
Kolejny weekend to „dla odmiany” Będkowska. Część ekipy ponownie „grzebała palcami” w Dupie Słonia przecząc prawu grawitacji, a my wybraliśmy mniej ambitne cele i ostatecznie wylądowaliśmy znowu pod Sokolicą. W trakcie wspinania na usta wróciła żeglarska nuta i tym razem to już nawet ja podczas najbardziej stresujących momentów nuciłem „słynny” refren. Wszak proste drogi na tej ścianie już przerobiliśmy i trzeba się było wstawić w coś trudniejszego, co wymagało dodatkowego wsparcia psychicznego ;-)
W doborowym towarzystwie reprezentantów Team Bro Climbing (dziękuję za miłe wspinanko) zrobiliśmy co trzeba.
Kropkę nad „i” postawiliśmy na Łabajowej i mogliśmy wracać do domu.
Wątki żeglarskie w ostatnich tygodniach były na tyle silne, że wyjeżdżając spod Krakowa już wiedzieliśmy, że kolejny weekend spędzimy pod żaglami. Co prawda nie na morzu, ale nad Zalewem Koronowskim też szanty śpiewać można.
W doborowym towarzystwie reprezentantów Team Bro Climbing (dziękuję za miłe wspinanko) zrobiliśmy co trzeba.
Kropkę nad „i” postawiliśmy na Łabajowej i mogliśmy wracać do domu.
Wątki żeglarskie w ostatnich tygodniach były na tyle silne, że wyjeżdżając spod Krakowa już wiedzieliśmy, że kolejny weekend spędzimy pod żaglami. Co prawda nie na morzu, ale nad Zalewem Koronowskim też szanty śpiewać można.
wtorek, 23 sierpnia 2011
Deja vu
13.05.2011 i to piątek… Jedziemy samochodem w kierunku południowym. W skały oczywiście. Z każdym przejechanym kilometrem zrzucamy Warszawę z barków. Dookoła zielono i oczy zaczynają odpoczywać… Frustrująca i męcząca jest ta Warszawa. Szczególnie mając perspektywę, że przez rok z kawałkiem zostają nam tylko weekendy… Ech… Otaczająca zieleń zamienia się w noc. Jedziemy dalej i każde z nas pogrążone jest w swoich myślach. Moje uciekają w kierunku południowo wschodnim – na drugą półkulę… W pewnym momencie słyszę pytanie Kasi: „Marcin – a co by się stało jakbyśmy pojechali gdzieś jeszcze w tym roku?” Hmmm… „W sumie – nic. W najgorszym razie musielibyśmy rzucić robotę ;-) ”. Nagle puszczamy wodze fantazji. Wracamy myślami do jednego z pierwszych wieczorów na Nowej Zelandii, kiedy siedzieliśmy z butelką białego wina na plaży. Przy okazji wytrawnej konsumpcji i próby odnalezienia Wielkiego Wozu na nieboskłonie (który odjechał w niewiadomym kierunku ;-) )zrodził się pewien pomysł. Zabawne jest to, że z tamtego wieczoru powstał post, który jakimś dziwnym trafem nie został opublikowany. Pozwolę sobie zacytować kawałek:
„(…) W Waipu Cove udaje nam się jeszcze zaopatrzyć w butelkę zimnego białego wina, z którym lądujemy na plażyJ Bezchmurne nocne niebo… Tylko coś księżyc wschodzi nie z tej strony co trzeba i wielki wóz przejechał na inną stronę co zazwyczaj. Zastanawiamy się, czy to wina białego wina, czy tego, że znajdujemy się na drugiej półkuli ;-) Przy okazji wina rodzi się pewien pomysł podróżniczy – objechanie trzech krajów wytwarzających dobre wina na trzech różnych kontynentach. Czas realizacji – bliżej nie określony. Może być 12 miesięcy, a nawet 12 lat ;-) ja już zaczynam mieć „wizję” (u mnie od „wizji” wszystkie pomysły się zaczynają) – Przejazd zachodniego wybrzeża Chile! Co tam Chile – przejechanie całego wybrzeża zachodniego Ameryki Północnej, Środkowej i Południowej! ;-) (…)”
Po pytaniu Kasi wracamy do tematu tamtego wieczoru. Ja mam wizję przejazdu drogą transatlantycką przez Amerykę Północną i Amerykę Południową. Szacujemy czas: 3 – 3,5 miesiąca starczy! J Dyskusja się ożywia – w zasadzie decyzję JUŻ podjęliśmy i całe to szarobure otoczenie nabiera koloru. Mamy cel ;-) Następnego dnia z radością idziemy na wspin J Wyjazdy w skały bywają inspirujące ;-)
czwartek, 30 czerwca 2011
Daleka droga w polskie jaskinie
Pomysł na rozwinięcie wątku jaskiniowego zrodził się w mojej głowie po naszym komercyjnym wypadzie do Waitamo Caves na Nowej Zelandii. Zacząłem się wtedy zastanawiać jakby to było tak na sportowo, a nie komercyjnie…
W moim przypadku od pomysłu do realizacji droga zazwyczaj jest krótka, tak więc tuż po przyjeździe zapisałem się na szkolenie z technik linowych warszawskiego speleoklubu. Po 3 intensywnych weekendach przemieszczania się w górę, w dół, po skosie itd. chęć sprawdzenia się w prawdziwym świecie jaskiń narastała.
Problem jednak w tym, że kurs letni taternictwa jaskiniowego trwa ok. 2 tygodni, a ja z wiadomych względów na taki urlop nie mogłem sobie pozwolić… Aż tu nagle pewnego dnia dzwoni Instruktor S. i mówi, że jakbym chciał (co za pytanie?!?), to mogę dołączyć do wyjazdu organizowanego dla „Tarnowskich Gór” pod koniec czerwca…
Subskrybuj:
Posty (Atom)