środa, 24 września 2014

Sidemount i suchar czyli dwa w jednym


Wyjazd nad jezioro Ciecz rozbudził w nas potrzebę dalszego działania. Powrót do nurkowania dla Kasi obudził chęć rozwinięcia nowych umiejętności (szczególnie w sytuacji tak drastycznych zmian w technologii sprzętu), a dla mnie nurkowanie jest jakąś alternatywą aktywnego spędzania czasu (szczególnie w sytuacji tak drastycznego spadku formy wspinaczkowej).

Krótka konsultacja i szybka decyzja - robimy kurs sidemount w połączeniu z suchym skafandrem. Dla Kasi sidemount to nowa technika, a dla mnie potencjalne rozwiązanie na kręgosłup, który po operacji wymaga jednak specjalnej troski. No a "suchar" w polskich warunkach to podobno konieczność (no fakt... W Łagowie na 27 metrach z zimna mnie tak telepało, że aż chciało mi się hafcika wypuścić;)

Umówiliśmy się na weekend (5-7 IX) w piątek trochę teorii, a w sobotę i niedzielę nurki. Ok - spoko. Nasza percepcja kursu była raczej lightowa. "Trochę teorii w piątek" przerodziło się w kilkugodzinny maraton połączony z nurkowaniem basenowym.


Obsługa sprzętu to niezły kosmos. Dwie butle, jakieś sprzączki, baloniasty skafander. No i walka z utrzymaniem pływalności. Miało być pięknie, a tu taka wyrypa, że wyzwaniem było wyjście z basenu. Ledwo dojechaliśmy do domu, gdzie zasnąłem na siedząco ze zmęczenia.

Rano - pobudka o barbarzyńskiej porze. Półprztomni dojeżdżamy do Piechcina, gdzie na "dzień dobry" dostajemy klasyczny opierdol, że się spóźniliśmy... Klarowanie sprzętu, ubieranie i pierwsza godzina (!) za nami. No dobra idziemy do wody. Kilka ćwiczeń na platformie na kilku metrach głębokości. Cizus.. To gdzie ja mam to powietrze dodawać? Do skafandra, czy do jacketu? Nogi raz mi lecą do góry, raz do dołu. Ustabilizowanie pływalności to jakaś masakra. Góra, dół, góra, dół... A instruktor bezczelnie "wisi" sobie w miejscu. Fuck... Obraca mnie na jedną stronę.. O co chodzi?! Aaa - automat muszę zmienić, bo zaczynam mieć za dużą różnicę ciśnień w butlach... Znowu jakaś dziwna walka. Zaczyna mnie wywalać do góry. Obróciło mnie do góry nogami i w takiej szamoczącej pozycji wyciągnęło mnie na powierzchnię wody z kilku metrów. Cizus jaka masakra. Jacek wytłumaczył w czym był błąd, ale szczerze mówiąc mam już trochę dosyć tego szarpania. A to dopiero początek nurka...

Bogatszy o pierwsze doświadczenia staram się kontrolować sytuację. Sprowadza się to do płynięcia w paśmie +/- 3 metry w stosunku do poziomu głębokości, na której płynie Jacek. Kolejny raz nieuwaga, zajebisty skurcz w lewej nodze i znowu mnie wyciąga na powierzchnię... W końcu mega długie nurkowanie (ok. 100 minut) dobiega końca. Ja już mam dosyć i szczerze mówiąc jestem trochę zniechęcony niepowodzeniami. Jacek goni nas jednak po chwili odpoczynku po raz drugi do wody. Znowu jakieś ćwiczenia pod wodą. Odpinanie i przypinanie jakiegoś pieprzonego zaczepu. Badziewie ledwo można złapać, a operowanie w gumowych rękawicach nie ułatwie sprawy. Po 10 minutach mam już dosyć... Podwodna wycieczka była jednak bardziej udana. Tzn - nie wywaliło mnie już na powierzchnię... Po pierwszym dniu - totalne zniechęcenie i zmęczenie. A do tego potworny ból łydki po skurczu. Kasia trochę bardziej optymistycznie do tematu podchodzi. Widać po niej opływanie. Ja mam raptem ok. 20 nurkowań na koncie.. Nie lubię się jednak poddawać. Ibuprom, 2 tabletki magnezu, 2 herbaty z miodem i spać. Może jutro będzie lepiej.

Rano - determinacja, koncentracja i jakoś poszło. Trzecie nurkowanie było przyzwoite. Pojawił się promyczek nadzei, że może jednak ten sidemount i ten suchar da się ogarnąć ;) Tym bardziej, że pogoda była piękna i słoneczna. Widoczność w kamieniołomie całkiem dobra, a widok zalanych drzew porośniętych porostami - odlotowy. Sukces zawsze podbudowuje psyche;)
Po dwóch tygodniach chwila prawdy. Kolejne dwa nurkowania. Kolejne ćwiczenia. Poszło całkiem nieźle. Wręcz fachowo (może to zasługa przeciekającego skafandra) ;) certyfikaty nawet dostaliśmy na koniec ;)








poniedziałek, 8 września 2014

Łagów Lubuski, czyli prawie jak na Jurze

Tym razem (30/31.08.2014) zagnało nas w okolice miejscowości Łagów Lubuski, a konkretnie nad jezioro Trześniowskie zwane również jeziorem Ciecz. Skał tam co prawda nie ma, ale jest podwodna ścianka węglowa. Czyli jakiś tam związek ze wspinaczką jest ;) Poza tym zielono, malowniczo, czysta woda, ładny zamek…

No właśnie – zamek, blisko ścianka – prawie jak na Jurze ;-) Jeżeli dołączymy do tego wątek eksploratorski (wszak w tych rejonach Polski jeszcze nie byliśmy), to powód zarejestrowania tego wyjazdu na blogu jest oczywisty. Wątek wspinaczkowy przewijał się od początku naszego pobytu nad jeziorem w rozmowach z Marcinem i Beatą - kiedyś się wspinali, a teraz nurkują. Wniosek zatem taki, że co ma wisieć - nie utonie ;-)

Podczas wyjazdu dzielnie towarzyszyła nam Zośka, zbierając swoje pierwsze doświadczenia w klarowaniu sprzętu do nurkowania. Był to jej debiut w takich okolicznościach. Z tego co widać poradziła sobie z tematem równie dobrze co w skałach ;-)
 
 
 
Dwa dni nurkowania i sporo atrakcji. Najwięcej było ich na płytkiej wodzie, gdzie można było podziwiać całą kolekcję starych butelek i puszek po piwie, zatopiony rower oraz stado krasnali, które ugrzęzły na wieki w mule. No dobra – było też kilka rybek i szczupak, który wszystkich ignorował..
 
Kasia mając więcej doświadczenia w nurkowaniu jeziorowym skoncentrowała się na płytszej części jeziora, gdzie było najwięcej atrakcji (o których mowa powyżej).

 
Poza nurkowaniem przybrzeżnym było też jedno głębsze. Nie mogłem sobie odmówić zobaczenia tej słynnej podwodnej ścianki. Tym bardziej, że przed nami wybrała się tam cała ekipa.
Jak warto zobaczyć, to warto. Popłynąłem również ja. Wymagało to zejścia na 27 metrów (jak się później okazało znacząco głębiej niż mogę w ramach posiadanych uprawnień ;) Jak było? Zimno, ciemno i jeszcze automat mi na chwilę przymarzł przez co powietrze z butli schodziło ciut za szybko. Sama ścianka, to raczej nachylony stok pokryty czymś w rodzaju gliny. Oglądanie czegoś takiego to pełnowymiarowy masochizm ;-) Jedyny wniosek po tym nurkowaniu był taki, że w polskich jeziorach lepiej w mokrej piance nie nurkować, bo w temperaturze 8 stopni jest ciut za zimno.

Wyjazd krótki, ale udany i kolejny dowód na to, że dla Zośki taki wypad jest równie ciekawy jak dla nas ;-)
 
 

 

niedziela, 17 sierpnia 2014

Powroty, debiuty i początki sezonu..

Oj zaniedbaliśmy sprawy bloga strasznie… Nie oznacza to, że nic się w międzyczasie u nas nie działo. Wręcz przeciwnie. Działo się dużo i to nawet za dużo. Dobrego i złego. O złych doświadczeniach lepiej się nie rozpisywać, a przejawem dobrego jest kolejny członek zespołu Agroclimbing. Zosieńka jest klasyczną i pełnowymiarową powsinogą, która od pierwszych miesięcy podróżuje tu i tam.


W końcu przyszedł czas na debiut w skałach – 2/3 sierpnia 2014 – Mirów. Słowa nie opiszą dobrze tego co się działo (opisem zajął się Piter na Teambroclimbing).

http://teamclimbingbro.blogspot.com/2014/08/debiut-sezonu.html

Niech chociaż fotorelacja odda klimat tego wyjazdu ;-)
Najpierw trzeba było zrobić rekonesans, czy ten rejon w ogóle do czegokolwiek się nadaje...
Chyba nie wyszło to najgorzej...
 
Dostaliśmy zielone światło na rozruch starych kości...
Ej! co wy do cholery robicie!? A gdzie macie kaski i inne niezbędne grzechotki?!?


 

 
Dobrze, że chociaż w nowym pokoleniu zacięcie do TRADA się rodzi ;-) Nawet do tego stopnia, że kasku nie odstępuje się nawet podczas drzemki...
 
 

Do uzupełnienia 2

Do uzupełnienia

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

TATA, czyli Transport Autobusem To Adventure

Koniec tego leżenia na plaży i nurkowania (pod tym znakiem upłynął na, wszak 14.03)! Czas ruszyć cztery litery i zobaczyć chociaż część wyspy. Mahe jest największą wyspą Seszeli - aż 27 km długości i 8 km szerokości. Mieszka tutaj blisko 90% całej populacji kraju.

(15.03) Naszym celem są dwie plaże na południu Mahe - Anse Takamaka i Baie Lazare. Aby tam dojechać musimy przemierzyć praktycznie całą wyspę. Zamierzamy dotrzeć do celu dzięki lokalnym autobusom. Zanim ruszymy w pełną wrażeń podróż idziemy jeszcze do centrum nurkowego zarezerwować ostatnie nurkowania na tym wyjeździe ;-)

Idziemy w kierunku przystanku autobusowego - stoją już ludzie, a więc jest szansa, że szybko złapiemy transport. Czekamy 5 minut - nic się nie dzieje. Czekamy 10 minut - na pobliskiej budowie robotnicy zaczęli rozwalać jakiś mur młotem pneumatycznym. Po pół godzinie Kasia zadała mi pytanie, czy również mam wrażenie jakby dentysta rozwiercał mi zęby... Po niewiedzieć jak długim czasie oczekiwania pojawił się niebieski autobus TATA. Maszyna ruszyła topornie pod górkę i po kilkudziesięcu zakrętach dojechaliśmy do Victorii - stolicy Seszeli i w zasadzie jedynego miasta w tym państwie. 23 tysiące mieszkańców, port lotniczy, port morski - okno na świat jednym słowem.

Pierwszy kontakt z miastem jest dosyć zaskakujący - nasz wzrok przykuł kolorowy dach świątyni hinduskiej. Jeszcze nigdy w takim miejscu nie byliśmy, tak więc skierowaliśmy nasze kroki w tym kierunku. W przedsionku świątyni zdjęliśmy to co mieliśmy na nogach i na bosaka weszliśmy do innego świata. Kadzidełka, kwiaty, owoce na ołtarzykach, śpiewne modlitwy wiernych...

Następnie udaliśmy się w kierunku targu, który od samego wejścia ogarnął nas różnorodnością kolorów i zapachów. Najwięcej czasu spędziliśmy przy stoisku z przyprawami. "A to tak wygląda cynamon? A to co to jest? Gałka muszkatałowa? Patrz! - goździki i kardamon. O! A tu sproszkowane curry w kilku odmianach - łagodne, ostre..." Zaopatrzeni w różnego rodzaju paczuszki i buteleczki z ekstraktami wanilii i ananasa ruszyliśmy dalej. Udało się też znaleźć laski wanilii, które u nas można czasami kupić za absurdalną cenę, a tu można kupić całą paczkę za przyzwoitą kwotę. Dla Kasi ciekawe było też stoisko z kwiatami, a dla mnie z rybami - pod względem zapachów w tym upale oba stoiska były na dwóch skrajnych biegunach ;-)

Lokalne targi są zawsze jedną z największych atrakcji miasta. Czas jednak ruszać dalej. Do celu mamy jeszcze ponad 20 km. Odszukaliśmy dworzec i właściwy autobus TATA, na który dla odmiany nie musieliśmy zbyt długo czekać. Za 5 rupi (ok. 1,3 PLN) od osoby ruszyliśmy w kierunku naszego celu. Obiecująco wyglądające wiatraki, przyczepione w kilku miejscach wewnątrz autobusu niestety nie działały...

Otwarte okna zapewniały jednak odrobinę powietrza w tej blaszanej puszce. Niebieski autobus TATA z zawrotną prędkością dochodzącą momentami do 40 km/h opuścił miasto i z ogłuszającym rykiem silnika zaczął piąć się serpentynami w kierunku południa wyspy. Zdecydowanie opuściliśmy turystyczną część Mahe. Wjechaliśmy w tereny upraw rolnych i miejsc, w których żyją tutejsi mieszkańcy. Linia brzegowa raczej mało ciekawa, plaża zawalona śmierdzącymi wodorostami. Nazwy w stylu "Paradise", czy "Eden", raczej nie pasują do tego miejsca. Nie ma się co dziwić, że noclegi typu "self catering" są w tej części wyspy najtańsze.

Za 5 rupi od osoby mogliśmy zatem zobaczyć drugie oblicze wyspy. Jednocześnie za tą symboliczną kwotę zafundowaliśmy sobie ekstremalną przygodę. Drogi na Mahe są bowiem strasznie kręte i prowadzą albo do góry, albo w dół. Po kilkuset zakrętach dojechaliśmy do Anse Takamaka. Rzut oka wystarczył do podjęcia szybkiej decyzji - nie wysiadamy i jedziemy dalej ;-) Wysiedliśmy ma Baie Lazare. Naszym oczom ukazała się... plaża. Piasek, woda, palmy. Po prostu plaża ;-) Jedyną atrakcją było kilka pochylonych palm ;-)

Po kilku godzinach zebraliśmy się w drogę powrotną, prowadzącą trochę inną trasą. Jeszcze bardziej krętą i jeszcze bardziej wąską. Okna od zewnętrznej części drogi co jakiś czas zahaczały o wystającą zieloną gęstwinę. Najciekawiej było na zakrętach. Szczególnie jak z naprzeciwka nadjeżdżał kolejny niebieski autobus TATA. Wówczas oba autobusy się zatrzymywały, jeden musiał się cofnąć, żeby drugi mógł przejechać. Nic dziwnego, że autobusy są tak porysowane na bokach ;-) Do tego niektóre z nich to prawdziwy cud techniki. Cud, że to jeszcze jeździ ;-)

Szczerze mówiąc życzę powodzenia tym, którzy chcą wynająć tu samochód - lewostronny ruch, manualna skrzynia biegów, setki zakrętów i jazda albo do góry albo w dół :-)))

Jazda autobusem w piątek w godzinach popołudniowych ma swój dodatkowy "urok". Zaczyna się bowiem weekend, a dla niektórych to wręcz "łyk end". Gentelmen, który się do nas przysiadł w drodze powrotnej ewidentnie zanurkował już na samo dno Takamaka Bay. Mowa tu nie o zatoce, którą mijaliśmy na Mahe, tylko o butelce rumu, który jest tutaj wiodącym napojem stymulująco rozluźniającym...

Jednym słowem - nikt nic nie może powiedzieć o Seszelach dopóki nie przejedzie kilkuset zakrętów niebieskim autobusem TATA w 30 stopniowym upale ;-)

Po tak intensywnym we wrażenia dniu nie pozostaje nic innego jak otworzyć butelkę zimnego piwa. Pierwszy łyk nawet czegoś takiego jak seszelski SeyBrew potwierdza, że jesteśmy na rajskiej wyspie ;-)

Jeżeli na plażę na Beau Vallon, to w środę

W ostatnich dniach Kasia miała trochę wątpliwości, czy dobrze zrobiliśmy rezerwując 5 noclegów na Mahe. Słyszeliśmy różne opinie na temat tej wyspy. Niektórym się podoba, ponieważ jest duża i sporo się na niej dzieje, a innym się nie podoba, ponieważ jest za duża i za dużo się na niej dzieje. Poza tym bywają tam czasami problemy z "młodymi gniewnymi".

Nocleg mamy zarezerwowany niedaleko Beau Vallon - jednej z największych plaż na Mahe. W przewodniku miejsce to opisywane jest jako zatłoczone przez turystów z całą masą hoteli, knajp i restauracji. Zobaczymy jak będzie. Najwyżej poszukamy sobie jakiegoś bardziej kameralnego miejsca. Na miejscu okazało się, że owszem na Mahe jest znacznie więcej ludzi i domów niż na Praslin i La Digue, jednak całość nie traci przyjemnego dla oka charakteru. Poza tym zostaliśmy wieczorem mile zaskoczeni zaimprowizowaną kolacją w miejsu, gdzie mamy zarezerwowany nocleg (Choice Villa). Jedzenie było takie jakie miało być - proste i bardzo smaczne.

(13.03) Rano ruszyliśmy zobaczyć Beau Vallon. Trzeba przyznać - kawał plaży. Jednak na tyle dużej, że z pewnością każdy znajdzie tam dla siebie miejsce. Z tą dużą liczbą knajp i hoteli, to też lekka przesada (w jednym miejscu, przy centrum nurkowym znajduje się kilka knajp i to tyle). Na plaży sporo się jednak dzieje. A to łódka z połowu przypłynie, a to facet z kuszą z wody wyjdzie, trzymając w ręce złowionego eagle ray. Jednym słowem - wystarczy przystanąć na chwilę i wczuć się w klimat tego miejsca.

Środa jest też idealnym miejscem na wizytę na Beau Vallon. Co tydzień organizowany jest tutaj targ, gdzie poza pamiątkami i innymi pierdołami można zjeść całkiem dobre jedzenie za bardzo przyzwoitą cenę (polecam szaszłyki z tuńczyka robione na grillu z dodatkiem ryżu z szafranem, a do tego zmrożony sok z mango - mniam ;-). Do tego w kilku miejscach można kupić świeże owoce - starfruit, korsol, guawa, papaja, jackfruit (przedziwny, śmierdzący i strasznie lepki owoc o niebywałym słodkawym smaku), lokalne mango (nie wygląda zachęcająco, ale smak jest rewelacyjny)... Wszystko kusi kolorami i zapachami. Kulinarnie Mahe zaczyna przekraczać nasze najskrytsze oczekiwania.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Second hand diving

(11.03) Spodobało mi się to nurkowanie ;-) Z resztą w tych warunkach atmosferycznych tylko sporty wodne mają jakikolwiek sens. Wczoraj namierzyliśmy centum nurkowe PADI. Czysto, ładnie, schludnie. Pani spisała co trzeba, kazała przymierzyć jacket (firmy, której nazwę Kasia widziała po raz pierwszy w życiu) i piankę - prawie nówka sztuka, Francja elegancja ;-)

(12.03) Niestety spóźniłem się trochę na zbiórkę i w ostatniej chwili wskoczyłem do samochodu, na którym był już przygotowany sprzęt. Dopiero na przystani mogłem się przyjrzeć w czym przyjdzie nam nurkować. Generalnie obraz nędzy i rozpaczy. Poobijane butle, aparat, jacket i pianka wrzucone do torby, która wyglądała tak jakby ją wściekle rozszarpał rekin. Sama pianka wygladała tak jakby to było jej czwarte wcielenie ;-) Masakra jakaś. Podczas przygotowywania sprzętu zacząłem mieć wątpliwości, czy ludzie, którzy prowadzą to centrum nurkowe mają pojęcie o co w tym wszystkim chodzi - rurki jakieś takie poskręcane, nie w tych miejscach, w których być powinne... :-/ Po skręceniu wszystko okazało się, że jednak cały akwalung jakoś działał ;-) Pani Prowadząca (Lama) też ten swój sprzęt jakiś zdezelowany miała (m.in. jedna z płetw była zszyta jakimś mocnym sznurkiem). Sama łódka sprawiała wrażenie jakby była odkupiona po kilkunastu latach użytkowania od firmy, która chciała się już jej pozbyć...

Procedury bezpieczeństwa i plan nurkowania zostały omówione jednak sprawnie, po czym zeszliśmy pod wodę.
 


Lama okazała się być nurkiem szperaczem, który pod kamieniami jest w stanie wyszukać różne różności - a to ślimaka morskiego znalazła, a to małą ośmiornicę wyciągnęła. Mantę namierzyła, rekina rafowego znalazła. Homara namierzyła w jakiejś szczelinie. Żółwia dogoniła... Jednym słowem nurkowanie obfitujące w różne podwodne stwory ;-)





W przerwie pomiędzy nurkowaniami musieliśmy odczekać aż poziom azotu w organiźmie spadnie do odpowiedniego poziomu. Okazało się, że komputer, który posiadał jeden z uczestników nurkowania był chyba w lepszym stanie niż ekipy organizatorów, a więc kolejne wejście do wody zrobiliśmy zgodnie z odczytami nowszego sprzętu ;-)

Drugie nurkowanie mieliśmy już w innym miejscu. Channel rock jest wypłyceniem pomiędzy Praslin a La Digue. Na głębokości kilkunastu metrów znajdują się bardzo ciekawe formacje skalne porośnięte koralowcami. Dla odmiany przyszło nam pływać w dosyć mocnym prądzie. Człowiek się namachał płetwami, a i tak prawie stał w miejscu ;-)








Pomimo początkowych obaw nurkowanie było całkiem udane :-)

To już koniec naszego pobytu na La Digue. Czas na kolejną wyspę. Popołudniu płyniemy na Mahe - największą wyspę archipelagu.

sobota, 30 marca 2013

La Digue - wyspa nietoperzy i kur skaczących po drzewach

(10.03) Poczucie czasu i czegoś takiego jak rozkład jazdy wydaje się być na Seszelach dosyć względne. Chcemy się dzisiaj przemieścić na La Digue - wyspę oddaloną od Praslin zaledwie o 4 km. Kasia sprawdziła w kilku miejscach godziny odchodzenia promu z przystani na Praslin (portem tego raczej nazwać nie można) i każdy rozkład wskazywał inną godzinę :-/ Ostatecznie ok. 8.30 stawiliśmy się na przystani i... pocałowaliśmy przysłowiowe klamki. Wszystko zamknięte na głucho, żaglówki bujają się na falach i tylko żar leje się z nieba (o 8.30 rano!).


Po kilkunastu minutach przyjechała znudzona pani i zaczęła w ekspresowym tempie otwierać punkt sprzedaży biletów. Otwarcie drzwi i włączenie klimatyzacji zajęło jej kolejne pół godziny. Okazało się, że najbliższy prom będzie odchodził o 10... Mając kupione bilety, rozsiedliśmy się wygodnie w cieniu i z narastającym rozbawieniem zaczęliśmy obserwować stopniowo nadciągający tłum turystów. Ubaw. Pełnowymiarowy. Naszą uwagę zwróciła para Włochów z koszulkami, na których mieli obrazek uśmiechniętego pana młodego i smutnej panny młodej. Z dopiskiem "Game Over". Ciekawe, czy to była ich podróż poślubna, czy pożegnalna podróż rozwodowa ;-) Biorąc pod uwagę, że w trakcie 15 minut zdążyli się pokłócić można mieć co do tego wątpliwości, czy rzeczywiście była to podróż poślubna ;-)

W końcu nastąpił niemiłosiernie długi boading i po ponad 2 godzinach czekania ruszyliśmy w kierunku La Digue! Podróż trwała ok. 15 minut ;-)))


Pomimo niewielkiej odległości La Digue jest wyspą znacznie różniącą się od Praslin. Przyroda jest znacznie bardziej bujna i taka... afrykańska. Dużo palm, drzew z egzotycznymi owocami, kwiatów... Rozgrzane powietrze nasycone jest zapachami.




Jedno jest pewne - tutaj nie powinniśmy mieć problemu ze znalezieniem owoców. Wszystko na tej wyspie sprawia wrażenie funkcjonowania na zwolnionych obrotach. Może jest to spowodowane odległościami - z jednego końca na drugi jest ok. 7 km (a cała wyspa ma 19 km kw. powierzchi i aż 2 tys. mieszkańców). Dominującym środkiem transportu są rowery, a taksówka zaprzężona jest w woła :-)



Chcąc dostosować się do rytmu panującego na La Digue, wybraliśmy najwolniejszy środek przemieszczania się, czyli nasze nogi ;-) Nasze kroki skierowaliśmy w kierunku słynnej Anse Source d'Argent. Jeżeli kiedykolwiek widzieliście zdjęcia z Seszeli z charakterystycznymi granitowymi kamieniami, to najprawdopodobniej większość z nich została zrobiona właśnie tutaj. Mniej więcej w połowie drogi napotkaliśmy na niespodziankę - brama, budka, a w budce uśmiechnięta pani. Podobno za wejście do parku musimy zapłacić 200 rupi. "Jakiego parku? Przecież my idziemy na Anse Source d'Argent!" "No tak, ale żeby przejść dalej na Anse Source d'Argent, to musicie zapłacić za wejście do parku, ponieważ droga prowadzi przez park." - z uśmiechem odpowieda pani. "Ahaaa... A to jest jedyna droga?" - pytam na wszelki wypadek. "Nie - możecie iść dalej plażą, ale zaczął się przypływ". Nie lubimy jak ktoś nas wykorzystuje tylko dlatego, że pojawiliśmy się w turystycznym miejscu, tak więc schodzimy do wody, która miejscami sięga nam do pasa. Po 200 metrach z powrotem wracamy na ścieżkę. Takiego absurdu już dawno nie widzieliśmy :-)

W końcu doszliśmy na tą słynną plażę. Przy ścieżce minęliśmy łuk nowożeńców ;-) współczując jednocześnie pannie młodej, która musiała się tu doczłapać w tym upale w sukni ślubnej ;-) No, ale czego się nie robi dla romantycznych zdjęć?;-)





Na plaży jest od cholery i ciut ciut granitowych bloków. Poza tym piasek i niebieska woda, w której za dużo nie widać ze względu na podnoszący się od fal piasek. Czyli plaża, jak plaża ;-) Dobrze, że chociaż te granitowe bloki skalne były, to sobie mogłem trochę po nich połazić ;-)





Wieczorem kolejna niespodzianka, a nawet dwie. Pierwszą była inwazja nietoperzy, które z furkotem latały nad naszymi głowami, a drugą była knajpa (Zerof), do której się wybraliśmy. Okazało się, że wieczorem można wykupić tylko bufet creolski, który był tak podły, że szybko z tamtąd uciekliśmy... Z mieszanymi uczuciami odnośnie La Digue zakończyliśmy dzień, a Kasia jeszcze kilka dni temu zastanawiała się, czy dobrze zrobiliśmy, że na tej wyspie spędzimy tylko trzy dni...

(11.03) Ranek zaczęliśmy od owocowego szaleństwa :-) Dostaliśmy na śniadanie nieznane nam owoce i w dobrym nastroju ruszyliśmy na rowerach na drugą stronę wyspy. Po drodze nie mogliśmy sobie odmówić owocowego szaleństwa w przydrożnym sok-barze ;-)






Zosia dostała przepysznego bobo fruta i pojechaliśmy dalej w kierunku Grand Anse.




Wejście na plażę zastawione niezliczoną ilością rowerów - na to będzie jakaś maskra... Rzeczywiście - na plaży jedno gigantyczne drzewo, a pod nim stłoczeni turyści szukający odrobiny cienia. Hmmm... No to chyba trzeba znaleźć ścieżkę na Petite Anse ;-)


Wymagało to przejścia przez jakieś krzaczory, ale tu już było bardziej kameralnie i znacznie ładniej.


Posiedzieliśmy trochę i podjęliśmy ostateczne wyzwanie. Podobno trudnym i wymagającym szlakiem przedarliśmy się na Anse Cocos.




Kasia pokonała tą mrożącą krew w żyłach trasę w 5 miesiącu ciąży i w klapkach na nogach ;-) Warto było. Przepiękna plaża, mało ludzi i fantastyczna woda. Zdecydowanie najładniejsza plaża jaką do tej pory widzieliśmy :-)



W trakcie zaledwie dwóch dni mogliśmy zapoznać się z dwoma skrajnymi obliczami La Digue. Na koniec drugiego dnia dostaliśmy też mały prezent w postaci zachodu słońca, który na tej szerokości geograficznej kończy się niezmiernie szybko.




Trzeba przyznać, że pomimo swojej małej wielkości, jest to wyspa różnorodna i mająca sporo do zaoferowania. Potrafi też zaskakiwać prawie na każdym kroku - chociażby tym, że poza latającymi nietoperzami, wieczorami kury skaczą po drzewach, a więc spadające z nieba jajka nie powinny w zasadzie nikogo dziwić ;-) Tak samo jak żółw spacerujący środkiem drogi ;-)